II Edycja FatBike Race 2017-Nieoficjalne Mistrzostwa Polski.

fatracelogoGóry Stołowe.
Brzmi grubo co? I tak jest. O pierwszej edycji dowiedziałem się już po. Byłem podekscytowany. Piękne zdjęcia, jazda w puchu… brzmi jakbym pisał o nartach, a to przecież o rowerach. Wyczekiwałem podania daty. Główkowałem, jak zdobyć Fata ponieważ kolejny rower nie był mi do niczego potrzebny. Muszę przyznać ze Fatbike to najfajniejszy i najbardziej „niepotrzebny” z rowerów jakie wymyślono. Po prostu czysta zabawa.
Pojawiła się data. Rower zorganizowany. Starałem trzymać się planu zimowego treningu. To jednak było najtrudniejsze. Ciężko pogodzić narty z jazdą na grubasie.. takie życie. Na treningu w terenie byłem tylko dwa razu. Po jednym z nich mam lekką traumę.  -20C, zamarzł mi liczniki,  telefon, picie…  kasy przy sobie nie miałem. Znane z lata ścieżki wyglądały inaczej. Właściwie piękna jest taka przemiana trasy w nową, pełną niespodzianek.fatrace1
Fat jednak nie wszędzie się spisuje. To nie jest tak, że można jeździć po łące pełnej puchu…  albo po wyślizganej drodze z koleinami. W pierwszym wypadku kończy się to zatrzymaniem w miejscu, w drugim takim samym upadkiem jak na zwykłym rowerze ;]
Wracając do wyścigu. Frekwencja będzie bez wątpienia barometrem rozwoju tej niszy w Polsce. W tym roku zanotowano 100% przyrost. Na liście startowej 178 zawodników w dwóch kategoriach, Fat i Niefat z podziałem na płeć. U naszych sąsiadów, Czechów jest to dużo bardziej popularne. Stąd ich duża frekwencja . Nawet w Czechach takich zawodów nie ma. Nie są to imprezy  typowo FatBikowe, a jako jedna z wielu kategorii.
FatBike Race, bez wątpienia jest wspaniałym spotkaniem towarzyskim. Dużo osób miało jeden cel. Dojechać do mety, dobrze się bawiąc. Dla wielu to był debiut. Na trasie widać było kto ma taki rower na własność od dłuższego czasu, a kto nie.  Na facie jeździ się trochę inaczej. Trzeba się w niego wczuć. Na imprezę zawitali czołowi blogerzy i blogerki, kilku przełajowców, miłośnicy MTB i Enduro. Jak do tego dołożymy przedstawicieli prasy z BikeBoardu i Bike Magazynu, widać i czuć, że to wyjątkowe zawody. Pogoda dopisała, mróz, bez opadów, z grubą pokrywą śniegu w lesie.

fatbikerace from Piotr Szlazak on Vimeo.

Wyścig w większości poprowadzony został trasą dla narciarzy biegowych ze sławnym już przejściem kładką o długości prawie 2km. I tu zaczęły się kłopoty. Jazda po wyratrakowanym szlaku nie była czymś ekscytującym. No może z wyjątkiem początku trasy, gdy ludzie próbowali się wyprzedzać. Zjazd z trasy kończył się efektowną glebą w śnieg, tak jak i każda próba ścięcia zakrętu. Dziury na trasie po upadkach, rowerowe przepychanki… było ciekawie ;]
Osobiście nie lubię zawodów gdzie trzeba nosić rower na plecach. Tutaj robiło się to dość często. Na kładce było tak dużo śniegu, że co chwila z niej ktoś spadał idąc z rowerem obok. Zejście z kładki kończyło się zapadnięciem w zaspie po pas. Buty MTB nie są stworzone do chodzenia w po śniegu. Ślisko, ślisko, ślisko ! Myślałem o jeździe w zwykłych butach, za kostkę z dobrym protektorem. Do brodzenia w śniegu super, trochę mniej efektywni pedałujesz. Cóż, to już kwestia wyboru. Postawiłem na letnie MTB z ciepłymi skarpetkami,  ocieplaczami w bucie i na zewnątrz. Gdy niosłem rower zapadając się w śniegu, żałowałem swojego wyboru. Gdy już byłem na rowerze i wyprzedzałem innych byłem utwierdzony w dobrym wyborze. Każdy musi wybrać sam.
Na trasie udało mi się odpowiedzieć na nurtującą mnie kwestię:  jakie ciśnienie jest optymalne dla mojego Fata? Z przodu minimalne ciśnienie to 0.6 bara, z tyłu lepiej żeby było to 0.8 -0.9. Z niższym ciśnieniem nie warto jeździć. Opory zaczynają rosnąć i „wozi” nas po trasie.
Czy Plusy są szybsze od Fatów ? Są! Na singlach, gdyby nie były zniszczone przez Fatbike, mogłyby odrabiać straty. Ścieżki z wyrwami po ludzkich upadkach były nie do przejechania bez względu na rower jakim się poruszałeś.
Czy trasa 22km nie jest za krótka? Jak dla mnie jest . W tym roku zwycięzca przejechał ją 20minut krócej niż rok temu łamiąc godzinę… i o 30 min szybciej niż ja! Przez 4km, a to biegłem, a to szedłem z rowerem na plecach…To mi wystarczyło. Odcinki specjalne takie jak kładka nie zachwyciły mnie. Brak możliwości wyprzedzania i w ogóle poruszania. Irytująca sprawa.
Summa summarum..Czekam na wyścig na Mazowszu w śnieżnej aurze. Fajnie byłoby gdyby taka Mazovia czy PolandBike wprowadziły kategorie PLUS i FAT 😉 Mam nadzieję, że FatBike Race będzie rozwijał się, a organizator przyjmie trochę uwag od uczestników. Niech ta impreza pozostanie  nadal miejscem  spotkań miłośników rowerów.
Pozdrawiam Kamila i Adriana, którzy dzielnie walczyli na trasie. Szkoda ze grubcio Adriana doznał defektu bębenka i zapewnił mu dodatkowe km z buta. Gratuluję Kamilowi, który na mecie zameldował się kilkanaście minut po pierwszych hartach.
Poznawanie nowego to wielka, niekończąca się przygoda. Zachęcam Was do spróbowania jazdy na grubasach. W naszym sklepie dostępna jest testówka. Pokażemy Wam miejsca w górach gdzie ludzie tym żyją 🙂

Elite Drivo

Gdy piszę te słowa, po raz pierwszy od trzech lat zawiał do nas w grudniu śnieg =)
Wcześniej, było to w sumie standardem, że trenażery wyciągało się w listopadzie bo pogoda uniemożliwiała bezpieczne treningi na szosie.
Bo umówmy się, trenażery służą właściwie do dwóch celów:
w sezonie, do robienia siły gdy w okolicy nie mamy żadnej górki
poza sezonem, do tłuczenia bazy i akcentów gdy za oknem śnieg i błoto śniegowe.
Jednocześnie własnie wtedy gdy nadeszła rewolucja w trenowaniu na trenażerze, pogoda w Polsce umożliwiła jazdę przez cały rok.

Osobiście używam Tacxa Flow. Gdy go kupowałem, istniała opcja dokupienia ramy w którą montowało się przednie koło. Po podłączeniu do komputera umożliwiało to jazdę w protoplaście zwifta. Problem był tylko taki, że trzeba było ustawiać cały trening na kompie. Nie dało się po prostu usiąść i zrobić treningu który siedział w Garminie.

Dodatkowo dochodziły koszty licencji itd. Patrząc na to z perspektywy czasu widać, że to rozwiązanie pojawiło się za szybko.
Gdy dostałem do testów Elite Drivo, bardzo byłem ciekaw jak urządzenia poszły do przodu w ciągu 4 lat. Okazało się, że całkiem sporo się zadziało.

Samo pudło robi już wrażenie. Waży koło 25kg i jest spore. Wcale nie łatwo było je przenosić. Fajna sprawa, że po wyjęciu potrzeba tylko zamocować odpowiedni zestaw dla swojej kasety, wpinamy i fru. To co mi się bardzo podoba to brak tylnego koła. Dodatkowo wszystkie pomiary i nadajniki są w urządzniu więc nie trzeba się babrać z przewodami (oprócz tego zasilającego).

elite-1

Wcześniej zainstalowałem appkę na tableta, ale postanowiłem poszaleć i korzystałem z opcji komputerowej. Tutaj mała uwaga, po zainstalowaniu nadajnika ANT+ program Elite wymagał aby wyłączyć oprogramowanie Garmina. Następnie przechodzimy kalibrowanie sprzętu. Możemy wybrac opcję treningu, lub odpalenia płyty z nagraną trasą. Bardziej jednak interesujące było dla mnie sprawdzenie jak trenażer oferuje z zyskującym coraz większą popularność Zwiftem.

Stworzyłem szybko darmowe konto, podłączyłem czujnik tętna oraz Elite Drivo, wybrałem trasę i hej przed siebie. Na początku trochę spięć bo okazało się, że wybrałem zły profil trenażera przez co obciążenie nie było przenoszone bezpośrednio. Po paru minutach wszystko grało i zacząłęm się rozkręcać.

elite-2

Super sprawą jest ilość osób w serwisie Zwift. Rzeczywiście pomaga to złapać motywację, i pozwala poczuć się jak na niedzielnej rundzie. Podejrzewam, że dodanie Skype’a pozwoli miło spędzić trening w tlenie i nadgonić zaległości ze znajomymi 😉

elite-4

Trenażer bardzo fajnie regulował moc, przy mocnych podjazdach odczułem dużą przewagę rozwiązania bez koła. Na moim Flowle gdy staje w korbach wyczuwalny jest poślizg opony na rolce, tutaj nic takiego nie miało miejsca dzięki czemu jechało się o wiele przyjemniej. Z drugiej strony przy zjazdach, lub gdy po prostu chciałem wyhamować, nie było takiej możliwości… Trzeba się przyzwyczaić.
Super sprawą jest to, że bardzo łatwo i szybko można urządzenie złożyć i schować. Kłania się tutaj minimalizm kabli i przemyślana konstrukcja.

elite-5

To co zwróciło moją, a może nawet bardziej mojej rodziny sprawą jest hałas generowany przez ten trenażer. Otóż, o ile na pewno słychać i czuć różnice w porównaniu do magnetyków, to już w porównaniu do Flowa jest już gorzej. To moje jedyne rozczarowanie, spodziewałem się cichszej pracy. W końcu jeśli mamy korzystać z takiego urządzenia w domu, to nie może ono przeszkadzać nie tylko domownikom ale i sąsiadom. Wydaje mi się (choć nie miałem możliwości tego sprawdzić dokładnie), że różnica będzie odczuwalna przy większych obciążeniach mocy. No ale jednak większość treningu w zimie to tlen…

elite-6

Dochodzimy tutaj do podsumowania. Elite Drivo to świetne urządzenie, dające nam ogrom możliwości treningowych. Wbudowany pomiar mocy, nadajnik bluetooth, wi-fi i ANT+ pozwala podłączyć każdy gadżet treningowy a także komunikację z komputerem i serwisami oferującymi ściganie się z innymi. Kwestią newralgiczną pozostaje cena. Prawie 5 tysięcy to dużo. Bardzo dużo. Dla mnie za dużo jak na to czego potrzebuje. No ale konkurencja ma jeszcze drożej…

elite-7

Mam nadzieję, że sytuacja będzie wyglądał jak z pomiarem mocy. Świetne narzędzie, które do niedawna kosztowało kosmiczne pieniądze i dostępne było dla prosów. Teraz z roku na rok kosztuje co raz mniej i już za chwilę powinno być dostępne dla dużej części kolarzy.

elite-8

Jeśli więc możecie sobie pozwolić na taki wydatek to piszcie szybko list do Świętego Mikołaja 😉 powinien jeszcze zdążyć. Nie będziecie żałować. Jeśli natomiast ktoś zamierza robić głodówkę, przez najbliższe miesiące aby nabyć Drivo, to proponuję poczekać =)

Moje pierwsze zawody Enduro.

Na zawody enduro wybierałem się już chyba z rok… Choć zawodów jest już całkiem sporo, (ja miałem wypisane 9 edycji) to ciągle coś stawało na przeszkodzie. Zawody w Baligrodzie były ostanią szansą… Udało się! Chciałem sprawdzić na własnej skórze, czemu baligrodte zawody cieszą się coraz większą popularnością. Z czym się je forma zawodów ON SIDE. Jaka jest atmosfera i czy aby nie jest to dla mnie zbyt hardcorowe. Bo nie ma się co oszukiwać jazda po Mazowszu nie daje nic… aby swobodnie czuć się na szlaku w górach. Jechałem też aby kibicować Kasi Burek która zrobiła ogromny postęp i liczyłem po cichu na jej pudło J.  Chciałem też bardzo podziękować Damianowi który pożyczył mi rower.

Baligrod Mitrzostawa Polski from Piotr Szlazak on Vimeo.

 

Na ostatnich zawodach XC w Chęcinach zaliczyłem bolesne OTB i czułem się trochę potłuczony. Do tego w poniedziałek temperatura spadła do 5 stopni. I zaczęło padać…  Chęć startu spadła niemal do zera. Codziennie odświeżałem pogodę. I już w środę widać było że jest szansa że pogoda będzie lepsza. Tym czasem w rejonie zawodów zrobiło się biało. Pocieszałem się że śnieg lepszy niż deszcz, choć wtedy nie widziałem jak śliska może być trawa pokryta cienka mokra warstwą śniegu.

Trzeba też powiedzieć że nie wiedziałem wielu innych rzeczy. No ale przecież pojechałem tam po to żeby poznać to na własnej skórze.

Baligród a tak naprawdę Bystre jest na końcu świata. Niby 410km a w rzeczywistości 6h w samochodzie. Klimat czysto bieszczadzki. Tylko mało popularny. Co jest dużym plusem tego miejsca jak dla mnie.

Zawody nie maja charakteru masowego bo liczba startujących jest ograniczona do około 300 osób. Wiec jest kameralnie. Pogoda odstraszyła wiele osób. W Baligrodzie było około 150 osób. Choć zawody miały elitarny status Mistrzostw Polski.

Start o 10.00 oznaczał to że flaga została wciągnięta na maszt co oznaczało początek rywalizacji.

Przedstawiciel zawodników złożył przysięgę. Przedstawiciel sędziów również. Odegrano hymn i…

Po kolei wypuszczano zawodników na trasę, wraz z mapą i sprawdzeniem czytników pomiaru czasu. Ja z nr 92 mniej więcej po 40 minutach ruszyłem na trasę. Nikt się nie śpieszył. Zawiązały się luźne grupki, był czas żeby zawrzeć nowe znajomości. Na start pierwszego było zarezerwowane prawie dwie 2h. Gdy dotarłem na start zastałem tam kolejkę. Odstałem swoje 30minut.

Pierwszy OS był najkrótszy. Miał tylko 1km. Mi się bardzo podobał choć był bardzo techniczny i ja na nim słabo wypadłem. Ale choć był stromy z wieloma uskokami i zakrętami to dawał ogromna satysfakcje z jazdy. Tylko jedno miejsce było oznaczone trupia czachą i był to podwójny uskok z zakrętem najeżony ostrymi kamieniami.

Na Drugi OS było prawie 1.30h czasu na dojazd. I dokładnie tyle czasu mi to zajęło. Choć pod koniec gdy zrobiło się stromo odeszły mi chęci do rozmowy. W lesie pojawił się też śnieg.

Trasa miała zupełnie innych charakter. Była wytyczona granią, i była bardzo szybka. Do tego prawie cały czas było widać gdzie trzeba hamować. Dopiero na końcu była nie miła niespodzianka w postaci dużej ilości błota i uślizgów obu kół. Meta była wytyczona na przejeździe przez rzeczkę, co pozwoliło umyć nieco koła. Ta trasa dla mnie była bliska temu co zdarza się spotkać na SLR i nie trzeba było tam mieć pełnego zawieszenia. Na tym OS-ie tylko dwa razy spadłem z roweru, co dla mnie jest sukcesem. Pierwszy upadek zaliczyłem na łące gdy chciałem nieco ściąć zakręt. Trawa ze śniegiem była jak lodowisko. Na szczęście lądowanie było miękkie.

Na ostatni OS było aż 2h na dojazd. I słusznie bo było daleko i stromo. Ostatni OS jak dla mnie był źle wytyczny. Bo ściana błota po jakiej trzeba było się zsunąc była jak sadzę nie do zjechania. Każdy z kim rozmawiałem wspominał o lodowisku…  Wydaje mi się że Enduro to nie przełaje, gdzie trzeba nosić rower na plecach. Przed samą metą trzeba było się zmieścić miedzy drzewami… tylko że kierownica 70cm to było o 10cm za dużo aby było to możliwe!

Zawodnicy i zawodniczki z licencją jechali w ostatniej grupie, po rozjerzdżonej trasie co podnosiło dodatkowo trudność zawodów. Zmagali się z wyślizganą trasą. Tam czasy dojazdu na start były krótsze. Wiele dziewczyn dostało karę za dojazd na drugi OS. Myślę ze ten czas był zbyt wyśrubowany. Przykro mi z tego powodu, bo nasza koleżankę pozbawiło to medalu.

Teraz już wiem czego się spodziewać, jak lepiej się przygotować. Jedno się nie zmieni, zawsze na zawody On Side będę jechał by poznać nowe mbali2iejsce, nowych ludzi, dobrze się bawić bez spiny o czas i wynik. To jest fajna formuła!

Na koniec chciałbym podziękować nowym kolegom: Tomkowi, Bartkowi i Marcinowi za przygarnięcie na kwaterę. Pozdrawiam też osoby z Akademii Enduro, które przestraszyły się pogody lub nie czuły się gotowe. Zapraszam na wspólne jazdy z Kaśka na Telegrafie bo widać, że daje to efekty J.

Do zobaczenia na szlaku w przyszłym sezonie!

Wyniki można znaleźć tutaj.

Autor: Piotr Szlązak

Les deux Alpes czyli wspomnienie z wakacji

W połowie sierpnia wraz z zawodnikami Sekcji Snowboardu KS Spójnia-Warszawa wyjechaliśmy na zgrupowanie do francuskiego Les Deux Alpes. Tak się składa, że kilkoro moich zawodników poza snowboardem z powodzeniem uprawia inne sporty, Taką wielopłaszczyznowo uzdolnioną osobą, jest Ula Mendys która nie dość, że jest jedną z najlepszych polskich snowboardzistek, to także jest członkiem Kadry Narodowej PZKOL w olimpijskiej konkurencji BMX Ralp6acing. Poniżej ciekawa relacja siedemnastoletniej dziewczyny, która naprawdę potrafi jeździć na rowerze:

Wtorek, 09.08.2016. Zgrupowanie sekcji snowboardu K.S. Spójnia Warszawa. Les Deux Alpes, Francja. Dzień rozpoczynamy jak zwykle treningiem na snowboardzie. Tego dnia na stoku towarzyszyły nam opady śniegu. Niby nic wyjątkowego, dopóki człowiek nie uświadomi sobie, że jest środek lata! Po kilku godzinkach śmigania na deskach odłączamy się z trenerem Bartkiem Błażewskim od reszty grupy i przechodzimy do drugiej części planów na dzisiaj. Szybki obiadek i po chwili jesteśmy w wypożyczalni rowerów zjazdowych. Ubieramy się w niezbędne ochraniacze, bierzemy rowery i ruszamy. Ku przygodzie!
W planach mieliśmy jeden zjazd po łatwej trasie dla wyczucia rowerów, a następnie wjazd gondolką na samą górę (3200m.n.p.m.) i odkrywanie bardziej zaawansowanych tras.
Jestem zawodniczką BMX Racing i bardzo lubalp5ię sporty ekstremalne, dlatego nie mogłam doczekać się spróbowania swoich sił w DH. Byłam gotowa na to, że będę musiała się przestawić na inny styl jazdy, ale nie wiedziałam że różnice będą aż tak ogromne.
Pierwsze schody zaczęły się na nierównościach. Jestem przyzwyczajona do pedałów typu SPD, a z platformowych pedałów najzwyczajniej spadają mi nogi. Na szczęście nie miałam zamiaru zepsuć sobie zabawy takimi drobnostkami i pogodziłam się z faktem, że co jakiś czas będę musiała poprawiać ustawienie butów.
Kolejną różnicą jest prowadzenie roweru w skrętach. BMX jest krótki, lekki i zwinny, co czyni go dosyć prostym w obsłudze, natomiast rowery DH – zupełne przeciwieństwo. Jazda w zakrętach na tego typu rowerach wymaga odpowiedniej techniki. Nie wystarczy skręcić kierownicą, trzeba zaangażować całe ciało i rower. Ma to też oczywiście swoje zalety. Dzięki takiej budowie rowery DH wybaczają znacznie więcej na wszelkiego typu nierównościach i mogą pokonywać znacznie większe przeszkody. Jakie było nasze zdziwienie, kiedy Bartek wjechał na swoim rowerze po schodach  bez najmniejszego problemu! Na rowerze bez zawieszenia coś takiego byłoby nie do pomyślenia. Tak samo było w momencie, gdy czekał nas na trasie odrobinę stromszy zjazd po (jak mi się wtedy wydawało) ogromnych kamieniach. Gdyby nie to, że Bartek namówił mnie na pokonanie tego odcinka na rowerze, w życiu nie uwierzyłabym, że to takie proste. Wystarczyło wychylić tyłek za siodełko, trzymać pewnie kierownicę i zdać się na rower. Nie mogłam wyjść z podziwu dla tej maszalp4yny. Chyba poczułam się odrobinkę zbyt pewnie, bo na kolejnym takim odcinku nie skontrolowałam dostatecznie prędkości. O mały włos nie skończyłabym tego zjazdu  rozbijając się o skałę. Ostatecznie udało mi się wyhamować, ale nie obyło się bez sporej dawki adrenaliny. Chwilę mi zajęło doprowadzenie się do porządku.
Kolejna sytuacja zapierająca dech w piersiach również miała związek z różnicami w budowie rowerów. Tym razem znaczenie miała długość ramy. Jako że w tym sezonie zaczęłam ćwiczyć skoki na BMXie, nie widziałam powodu żeby nie spróbować lotów na większym rowerze. Nie byłam jednak gotowa na to, że wybicie podbije mi tylne koło i część lądowania przejadę tylko na przednim kole! Na szczęście tył roweru grzecznie wrócił na ziemię i mogłam kontynuować jazdę bez gleby.
To by było na tyle, jeśli chodzi o zauważalne różnice między tymi odmianami kolarstwa. Teraz opowiem troszkę o niespodziankach jakie czekały nas na trasach.
Pierwszą z nich było coś czego zawsze bardzo chciałam spróbować. Mianowicie zjazd po drodze zasypanej sporą warstwą śniegu. W moim wykonaniu był to zupełny brak kontroli nad rowerem i prędkością, ale za to jaką frajdę z tego alp3miałam! Kiedy chciałam hamować, a zaciśnięte hamulce nic nie zmieniały, postanowiłam wywrócić się na bok. Była to najprzyjemniejsza wywrotka na rowerze w całej mojej karierze. No i w sumie jedyna wykonana celowo.
Podczas całej naszej zabawy z rowerami towarzyszyły nam przepiękne widoki. Jedna trasa była wyjątkowo malownicza. Prowadziła wzdłuż urwiska, znad którego rozciągała się niesamowita panorama. Nie było innej możliwości niż zatrzymać się na chwilę i zrobić chociaż kilka zdjęć. Niestety (albo i stety) jak wszystkim wiadomo takie fotki nie oddają klimatu danego miejsca nawet w małym stopniu. Na szczęście miałam wystarczająco dużo czasu, żeby się napatrzeć i jestem przekonana, że ten obraz pozostanie w mojej głowie jeszcze na długo. Kolejnym widokiem, który zapadł mi w pamięci był odcinek prowadzący po drewnianych mostkach pomiędzy małymi brzózkami, wysokimi trawami i kwiatami. Jadąc tamtędy czułam się jak w krainie niczym z Narnii. Naprawdę żałowałam, że trwało to tak krótko.alp1
Kolejnym zupełnie nowym dla mnie przeżyciem było pędzenie z naprawdę sporą prędkością po szutrowej drodze prowadzącej pomiędzy górami. Rowery zjazdowe w takich warunkach są niesamowicie stabilne. Był to moment wytchnienia dla nóg i rąk zmęczonych ciągłą jazdą na stojąco.  Chwile odpoczynku dawały nam też wjazdy na górę krzesełkami. Podróż kolejką umilały nam świstaki. Te przemiłe stworzonka stały w trawie w charakterystycznej dla nich pozycji – „stójce” na tylnych łapkach. Żałuję tylko, że nie chciały podzielić się z nami swoim gwizdaniem.

Po kilku godzinach spędzonych na snowboardzie, a potem na rowerze, musiałam się liczyć z tym, że zmęczenie w końcu mnie dopadnie. Nie spodziewałam się jednak, że moje kończyny zupełnie odmówią mi posłuszeństwa. Ręce alp2zaciskały się na kierownicy z taką siłą, że momentami miałam problemy z otwarciem dłoni. Trzeba było chwilę odczekać, zanim palce posłusznie się prostowały, by trafić na klamki hamulców. Nogi też dostały niezły wycisk. W pewnym momencie podczas odpoczynku zauważyłam, że nie mogę uspokoić nogi, która robi tzw. telegraf, czyli calutka podskakuje zupełnie bez kontroli. Moje mięśnie miały w głębokim poważaniu polecenia jakie im wydawałam. Nadeszła najwyższa pora, aby kończyć jazdę. Jako że ostatnie przejazdy bywają pechowe, mój był bardzo ostrożny i powolny.
Niesamowicie zmęczona i obolała, ale także przeszczęśliwa wróciłam do domu, zjadłam ogromną porcję jedzenia i wzięłam gorący prysznic i trochę się porozciągałam. Uwielbiam to zmęczenie po porządnym dniu treningowym. Czuję się wtedy spełniona i dumna z siebie.

Podsumowując: moje pierwsze zmagania w DH były dla mnie niesamowitą przygodą. Bardzo się cieszę że miałam okazję pojeździć w tak przepięknym miejscu, na takich fajnych trasach. Myślę, że każdy kto chociaż trochę interesuje się kolarstwem grawitacyjnym, powinien spróbować swoich sił w miejscu podobnym do Les 2 Alpes, żeby poczuć jak to jest jeździć w wysokich górach. Po jednym dniu jeżdżenia w takich warunkach nie mogę wyjść z podziwu dla ludzi uprawiających tą dyscyplinę zawodowo. Od tej pory inaczej będę patrzeć na wszystkie filmiki zawodników downhillu.

Ula Mendys.

Bardzo gorąco zachęcam do spędzenia urlopu w L2A. Tak jak wcześniej pisała Ula, to jedna z lepszych w Europie miejscówek grawitacyjnych. Do dyspozycji mamy 20 wytyczonych, oznakowanych tras oraz nieskończenie wiele dzikich, z których nie przepędza żaden strażnik parku narodowego!

Z 90 kilometrów wytyczonych tras, chciałem pokazać najciekawszy, moim zdaniem, zapis z Endomondo. To jeden zjazd z lodowca 3200 mnpm , trasami: Jandri, Rocky Line, Diable, Venosc, aż do miejscowości leżącej 700 m poniżej Les Deux Alpes. Ślicznego Venosc 900 mnpm. Przyznam, że na mazowieckim kolarzu, 2221 m różnicy poziomów, zjechane na raz, robi  wrażenie! Zwłaszcza kiedy przypomniałem sobie przewyższenia pokonywane na domowych maratonach Poland Bike i Mazovia. Przykładowo, podczas 45-cio km etapu PB2016 w Radzyminie, mój Polar zarejestrował 105 m w pionie,

Koszty:

196Euro 6 dniowy ski pass na którym od 09.00 do 13.30 śmigamy na nartach i potem do 18.30 na rowerze. 125 Euro 6 dni tylko na rower od 09.00 do18.30.

15 Euro- osobodoba w 8 osobowym apartamencie, pobyt 7 nocy. Jedzenie przygotowywaliśmy sami.

Wypożyczenie roweru 40 – 90 Euro za popołudnie ( 13.30 – 18.30) niby sporo, jednak należy wziąć pod uwagę, że 160mm enduro to na trasy L2A absolutne minimum. Przekonaliśmy się, że lepiej sprawdzają się 200 mm rowery DH z mocnym dwupółkowym Boxxerem. Klocki hamulcowe trzeba wymieniać co 2 – 3 dni opony starczają na tydzień. Do tego w cenie dostajemy dobrany rozmiarem fullface, pełną zbroję chroniącą klatkę piersiową, plecy obojczyki, łokcie i przedramiona, solidne nakolanniki i ochraniacze piszczeli.

I tylko, żeby tam nie było tak strasznie dalekoL, zrobiliśmy 4 tysiące kilometrów, mimo to szczerze polecam wakacje 2017 w Les Deux Alpes.

Więcej zdjęć, filmów i tekstów ze zgrupowania w Les Deux Alpes czytaj na http://blog.snowboardshop.pl

Bartek Błażewski.

PS

Tydzień po powrocie ze zgrupowania w L2A i napisania powyższej relacji, Ula Mendys została Mistrzynią Polski w olimpijskiej dyscyplinie kolarskiej BMX Racing. Brawo Ula.

To już jest koniec … czyli finałowa edycja ŚLR Mtbcross Maraton

W ubiegłą niedzielę w Chęcinach odbyła się ostatnia w tym roku edycja ŚLR – priorytetowego cyklu naszej drużyny. Frekwencja na starcie bardzo dobra, pogoda świetna, piękna okolica, zamech7k w tle – idealne warunki do ścigania i zakończenia sezonu.

Przed startem przeanalizowałam profil trasy – jak zwykle mocno interwałowa. Na dystansie FAN czekało na nas 45km świetnej trasy w tym 1200m przewyższeń, a na dystansie MASTER 72km i 1600m przewyższeń! Wiedziałam, więc że lekko nie będzie. Organizatorzy mnie nie zawiedli i po raz kolejny przygotowali naprawdę ciekawą i urozmaiconą trasę.ch6

Start w moim wykonaniu nie najlepszy, upadek z fikołkiem przez dwa rowery (na szczęście w gęsty piach) na pierwszym stromym zjeździe, brak mocy i nie najlepsze samopoczucie aż do pierwszego bufetu (20km). Na szczęście w drugiej części wyścigu złapałam swój rytm, zaczęłam mocniej podjeżdżać, złapałam nawet flow na zjazdach i powoli odrabiałam straty. Na 5km przed metą widziałam w niedalekiej odległości trzy dziewczyny, niestety tylko jedną z nich udało mi się wyprzedzić, bo na finałowy podjazd pod zamek zabrakło już siły w nogach i siłą woli znalazłam się na górze ;), a później już tylko szybki zjazd po mety i ufff to koniec – udało się wywalczyć  2.miejsce w kategorii ch5K2 i 5open wśród kobiet – czas na zasłużony odpoczynek! J

Na dystansie FAN wystartowały, oprócz mnie, dwie Kasie – Kasia Burek – 3.miejsce kategoria K2 i Kasia Kuźma 4.miejsce kategoria K3. Wśród Panów zdecydowanie najszybszy był Kuba Okła (7 M2 i 18 open), następnie: Adrian Socho (28 M3, 71 open) i Piotr Szlązak (13 M4 i 84 open). Z DNF niestety tym razem Grażyna Czerniakowska i Marek Sanaluta.

Na dystansie Master naszą drużynę reprezentowały cztery osoby. Jedyną dziech4wczyną była Krysia Żyżyńska-Galeńska, która ze świetnym czasem zdecydowanie wygrała wśród kobiet. Wśród Panów, pomimo dłuższej przerwy od startów, najszybszy był Mateusz Rybak (4 M2, 12open), następnie: Radosław Jurek (8 M3, 19open) oraz po bolesnym upadku na szybkim zjeździe Karol Wróblewski (11 M3, 22open). Michał Nowotka DNF -pomimo antybiotyku towarzyszył nam na dystansie FAN.

Jako że była to ostatnia edycja cyklu oprócz dekoracje etapowej, czekała nas dekoracja generalna. O ile miejsca w danych kategoriach były raczej wiadome, wielką zagadką było dla nas miejsce naszej drużyny. Najpierwch3 dystans Family – nie było tu naszych reprezentantów, następnie FAN – jedynie ja (2 K2) i Grażyna Czerniakowska (2K4) wystartowałyśmy w wymaganych, co najmniej 5 maratonach, a na dystansie MASTER pierwszą kobietą okazała się nasza niezawodna Krysia! Czekaliśmy więc kilka godzin z niecierpliwością, integrując się drużynowo, na ostateczną dekorację drużynową. Nie ukrywamy, że tu spore zaskoczenie… jesteśmy na 3.miejscu!ch2

Z czego oczywiście bardzo się cieszymy, chociaż ambicje były większe, ale nie poddajemy się i widzimy się na starcie w następnym sezonie, mam nadzieję, że w jeszcze większej grupie! Dzięki wszystkim za współpracę i atmosferę na zawodach!

Agnieszka Tkaczyk ch1