Piekoszów – Świętokrzyskie ściganie 5.06.2016

 

MTBCROSS_LOGO_przez

Tekst: Adrian Socho

 

Szanowni czytelnicy i pasjonaci rowerystyki terenowej, a także zawodnicy naszej i innych drużyn, na wstępie chciałbym wszystkim podziękować za to, że odwiedzacie zarówno naszego bloga jak i profil naszej drużyny i sklepu MyBike.pl w portalu Facebook. Dzisiaj umieszczam nieco spóźnioną relację z maratonu ŚLR w Piekoszowie, mam jednak nadzieję, że ten skromny artykuł pozwoli mnie Was przekonać, abyście się wybrali w tamte okolice, warto wybrać się zarówno na swobodną wycieczkę jak i na edycję maratonu startującego w Piekoszowie* za rok. Warto też zwrócić uwagę na relację z maratonu Poland Bike w Kozienicach, ta relacja również została opublikowana z pewną zwłoką. Zachęcam do przeczytania również tamtej relacji oraz do lajkowania wpisów z relacjami publikowanymi przez profil facebookowy, będzie to stanowić wyraz uznania dla autora relacji.

 

Najpierw zacznę od wyjaśnienia, dlaczego w poprzednim akapicie nazwę „Piekoszów” oznaczyłem gwiazdką. Chodzi o to, że dotychczas maraton ŚLR prowadzony po mniej więcej zbliżonej trasie zaczynał się w Nowinach, jednak z powodu pewnych zdarzeń z niuansami lokalnej polityki w tle oraz zmianą władzy w gminie Sitkówka-Nowiny maraton startujący z Nowin jest organizowany przez Poland Bike (tegoroczna edycja opisana w relacji Gosi Kloki), natomiast państwo Maziejukowie z ŚLR nieco przeprojektowali pętlę i od teraz zapraszają do Piekoszowa.20160605-_DSC0036

 

Ja do Piekoszowa pojechać po prostu MUSIAŁEM. Taki rodzaj tras, taka zawartość odcinków pochyłych w całej długości trasy, takie nachylenie podjazdów, stopień trudności na zjazdach to tylko na ŚLR. Chciałem też porównać, czy od czasów mojego poprzedniego startu na trasie „Nowiny” w 2013 roku trasa stała się łatwiejsza/trudniejsza oraz czy mój Trek X-Caliber będzie mi raczej przeszkadzał czy pomagał. Było też jedno dość ciekawe miejsce na trasie zarówno ŚLR Nowiny 2013 jak i ŚLR Piekoszów 2016, które chciałem obadać. Wtedy wydawało mi się nie do zjechania, teraz … trochę się zmieniło. Ale o tym dalej.

20160605-_DSC0063

Zaczynamy więc. Oprócz mnie nasza drużyna wystawia komplet najszybszych i najlepiej technicznie jeżdżących zawodników: Krysię oraz Mateusza Rybaka, Karola Wróblewskiego jadących na dystansie Masters, a także Agnieszkę Tkaczyk jadącą krótszy dystans. Określenie „krótszy” jest tutaj nieco mylące, gdyż długością i czasowi jazdy może raczej odpowiadać dystansom MAX oraz Mega wg nazw używanych w innych cyklach amatorskich maratonów.

 

W sektorze startowym ustawiłem się dosyć późno, prawie na szarym końcu. Nie szkodzi to, a właściwie to nawet lepiej. Pozwoli to mi zwalczyć pokusę do szybszej jazdy na początku – moim prywatnym zdaniem dobry czas przejazdu na ŚLR nie jest uzależniony od tego, czy uda się załapać do odpowiedniego „pociągu”, czyli peletonu zawodników jadących jeden za drugim. Na ŚLR takie zjawisko nie występuje – teren sprawia, że jedzie się wolniej, prędkości jazdy są mniejsze. Rozumiecie więc, że nie ma co się spieszyć – a przynajmniej ja, wiedząc mniej więcej co mnie czeka na trasie, tak uważam. Powolny „marsz” przez pole, znikająca gdzieś dopiero na horyzoncie gąsienica zawodników też nie są idealnym miejscem na wyprzedzanie. Zyskać trudno, a stracić można wiele. Zwłaszcza energii.

 

Gdy już nogi się nieco przyzwyczaiły że przez najbliższe godziny nie będzie żartów 20160605-_DSC0053zaczynam czuć przypływ energii. Można teraz myśleć o uzyskaniu dobrego tempa jazdy, co oznacza wyprzedzanie. Po jakimś czasie żegnam się więc z towarzyszącą mi od momentu startu Grażynką Czerniakowską, doganiam Kasię Kuźmę i Monikę Mrozowską. Obie dziewczyny trzymają równe tempo, pozdrawiam je więc i prę dalej do przodu, kontrolując jednak ile kilometrów zostało jeszcze do mety. Przez myśl mi przebiega, że przydałby się licznik odliczający, ile jeszcze metrów przewyższeń pozostało do momentu osiągnięcia mety. To jednak by wymagało posiadania bardzo dokładnego tracka (śladu GPS), a z tym trudno, gdyż organizatorzy czasami zmieniają trasę w ostatniej chwili. A ja jeszcze mam jej sporo do pokonania, myśl mi zaprząta tylko to, żeby za dużo energii nie stracić mijając kolejne metry trasy. Tutaj nie ma da dużo udogodnień, zdarza się, że trasa prowadzi po prostu po łące. Nierównej łące, gdzie dziury są skryte w trawie, tylko nieznacznie pokładzionej przez zawodników, którzy przejechali tędy wcześniej. Żadne tam odcinki gdzie peleton maratonu prowadzi miniciężarówka typu pickup (z fotografami na skrzyni) – miejscami zastanawiam się, czy quad by się zmieścił! Oprócz odcinków polno-łąkowych są też drogi szutrowe (mało)oraz mniej lub bardziej gruntowe, z przewagą takich, na których auto osobowe miałoby problemy. Jadę dalej i w pewnym momencie dołączam do trzymającej dobre tempo grupy około ośmiu zawodników. Zaczyna się podjazd i jadę ich tempem, które po chwili jednak staje się dla mnie nieodpowiednie. No to pojadę szybciej, pomyślałem. Co ciekawe, żaden z zawodników nie uznał za stosowne mi towarzyszyć….

 

Około kilkunastu kilometrów od startu potrzebowałem, aby dogonić Agnieszkę Tkaczyk. Aż mi się nie chciało wierzyć, gdyż uważam, że Agnieszka jeździ szybciej ode mnie. Najwyraźniej jednak jechałem za szybko, a ona rozłożyła siły również na koniec maratonu, nie tylko na start. Przez kawałek próbuję jej dać koła na asfaltowym podjeździe, później jednak gdy podjazd prowadzi po terenie Agnieszka zostaje z tyłu. Około kilometra dwudziestego pierwszego-drugiego zaczyna się zjazd i to jest ten rodzaj zjazdów, gdzie niska liczba zawodników jest na plus. Dokładniej, nie wleczemy się za niczyimi plecami. 20160605-_DSC0064Ten zjazd prowadził szeroką (ale jednoosobową) ścieżką, łagodne serpentyny urozmaicone czymś ala małe telewizory. Tyle że owe głazy były niejako „wbite” w podłoże, a od strony szczytu góry obsypane ziemią. Po minięciu kilku z nich zrozumiałem co autor tego miejsca miał na myśli – można z nich skakać! Później był podjazd pod górę Miedziankę, a ja wiedziałem, że ten podjazd to nie wszystko, co wzniesienie to ma do zaoferowania:) Na zdjęciu obok możecie zobaczyć jak na tym podjeździe męczy się Krysia – nie było łatwo, niektórzy zawodnicy samą końcówkę pokonywali pieszo. Po wjechaniu jest krótki acz nierówny odcinek płaskiego. Trafiam w końcu na ten zjazd, o którym pisałem wcześniej. Teraz jest zryty bardziej niż 3 lata temu. Zaczynam zjeżdżać i tak jak pamiętałem, jest dosyć stromo. Na zjeździe jest kilka głazów, a jest tak stromo, że przejechanie po nich nie wchodzi w rachubę (owszem, przednie koło by pewnie przejechało, ale nawet podbicie tyłu, nawet lekkie, to zaproszenie do lotu:D). Potrzebuję więc całej szerokości ścieżki, aby głazy móc omijać. Proszę spacerowicza o zrobienie miejsca, co on bardzo chętnie czyni. Niestety fotografowie nie obstawili tego miejsca (bardziej skupili się na podjeździe), więc nie pochwalę się.

 

Jadę dalej, w nogach już 30 km. Myślę, że od startu jeszcze nie było okazji postawić stopy na ziemi – co jednak niebawem się zmieni, bo docieram do schodków. To też znane miejsce, podobno jedną z pierwszych osób, która zjechała po nich (za wyjątkiem pewnie pasjonatów bardziej grawitacyjnych odmian kolarstwa) był śp. Marek Galiński. Na forum później inny zawodnik zaproponuje nazwanie schodów imieniem Marka. Schody pokonuję jedyną dostępną możliwością, a później jadę ciekawą ścieżką, gdzie powierzchnię ziemi zdobią małe, ale nienachalne głazy. Później już niewiele pamiętam, zapas energii w organizmie się skończył i na równych odcinkach … schodzę do prędkości rzędu 22 km/h. Na sam koniec niewłaściwie rozpoznana taśma, przeoczona strzałka i kilku innych zawodników, którzy popełnili te same błędy łączą się razem i robię dodatkowe 2,5 km poza trasą. Wracamy nagle po raz drugi do miejsca obstawionego przez policję i pytamy, gdzie zrobiliśmy błąd – oni też nie 20160605-_DSC0089wiedzą. Co gorsza, na nasze dodatkowe kółko pociągnęliśmy też dzieciaki z dystansu Family – niektóre okropnie wyczerpane. Dla mnie 2,5 km to niewielki dodatek do 50 km, dla nich jest to większa różnica. A w końc– znajdujemy poprawną drogę. Część powrotu prowadzi przez nieużytki, lekko tylko skoszone na potrzeby przejazdu maratonu. Docieram do mety i kładę się na trawie ze zmęczenia. Udało się dojechać i to jest największa radość!

 

Ten jeden maraton sprawił mi więcej przyjemności niż inne wyścigi w okolicach Warszawy. Tutaj małe nierówności nikomu nie przeszkadzają. Te większe też nie. Startuje mniej zawodników, więc Organizator nie jest ograniczony tylko do szerokoprzepustowych tras. Przejechanie ponad połowy długości maratonu bez osłony przed wiatrem nie jest wielkim problemem (na niektórych mazowieckich cyklach to wręcz samobójstwo). No i takie perełki jak zjazd z Miedzianki przypominają o członie „górski” w polskim rozwinięciu skrótu MTB. Bardzo polecam każdemu.

 

A teraz wyniki drużyny MyBike.pl:

 

Dystans FAN:

  1. Agnieszka Tkaczyk 1 K2/2 Open
  2. Przemysław Kiesio 13 M2/88 Open
  3. Adrian Socho (to ja!) 41 M3/98 Open
  4. Monika Mrozowska 4 K3/5 Open
  5. Katarzyna Kuźma 7 K3/8 Open
  6. Grażyna Czerniakowska 3 K4/17 Open

 

Dystans MASTERS:

  1. Karol Wróblewski 10 M3/19 Open
  2. Mateusz Rybak 3 M2/22 Open
  3. Krzysztof Dziedzic 15 M3/28 Open
  4. Krystyna Żyżyńska-Galeńska 1 K3/1 Open
  5. Elżbieta Kaca 2 K3/3 Open

Maraton w Piekoszowie dołącza do listy pt. KONIECZNIE POJECHAĆ ZA ROK!

Pozdrawiam,

Adrian Socho

 

Dodaj komentarz