ŚLR Pylypets (Ukraina) wg Kasi B.

UKRAINA. MTB PYLYPETS

W swoim życiu( co prawda nie tak długim, ale jednak) nie miałam jeszcze okazji odwiedzić naszego sąsiada za u7wschodnią granica, a o Ukrainie słyszałam tylko z opowieści. Ekipa MyBike w składzie Ela, Krzysiek, Adrian i Ja postanowiła stawić się na starcie maratonu MTB w Pylypets. Cóż można powiedzieć … piękna miejscowość. Niestety , te zapierające dech w piersiach widoki , w większości mogliśmy podziwiać w drodze powrotnej zza szyby samochodu, gdyż w dzień maratonu Karpaty spowiła mgła. Ale po kolei…
DROGA          

Do przejechania mieliśmy dużo km( ponad 700) co oznaczało cały dzień spędzony w samochodzie. Wraz z Adrianem, wyruszyliśmy z Warszawy koło 7:30. Nasi kompani podróży ( Ela i Krzysiek) dołącu9zyli w Rzeszowie. Dłuuugo jechało się . Po stronie polskiej droga bez zarzutów. W porównaniu do Ukrainy,„dorobiliśmy się” pięknych dróg 😉 Przekraczając granice ukraińską (w tą stronę szybko i bezproblemowo) do końca nikt nie wiedział co nas czeka. Ku zadowoleniu kierowcy droga nie była najgorsza. Mniej komfortowo zrobiło się kiedy nastał wieczór i zaczął padać deszcz. Słaba widoczność oraz brak linii wyznaczających pasy drogowe spowodowały znaczny spadek tempa podróży. Za to mogliśmy „podziwiać” niebywałe umiejętności ukraińskich kierowców. Jeżeli ktoś kiedykolwiek oglądał filmiki z wyczynami kierowców ukraińskich bądź rosyjskich wie o czym mówię J Wyprzedzanie „na trzeciego” przy braku widoczności tego co przed nami.. to częsty obrazeku8. 2 sekundy później… a zderzenie czołowe osobówki z TIR-em moglibyśmy oglądać na żywo… Gość miał szczęście. Gdyby zawahał się przy wykonywaniu tego niebezpiecznego manewru jakim było wyprzedzanie na zakrętach.. wole nie myśleć. Kolejne kilometry przemierzaliśmy zawsze za kimś kto widać, że znał drogę. I tak zbliżaliśmy się do celu. Jednak ostatnie 30 km trochę nas zaskoczyło. 1,2 czasami 3 . To najczęściej używanie biegi. Droga oznaczona na mapie jako biała okazała się być wyboisto dziurawą . Z opowieści organizatorów MTBCROSSMARATON, którzy również przyjechali zmierzyć się z tutejszymi terenami , wiem, że nie jechaliśmy wcale dziurawą drogą. Jak stwierdził Mazi i tu cytuję „ nikt mi już nie powie, że full nie przydaje się na drogi asfaltowe” …Oni jechali drogą, która na mapie była zwykłą czarną kreską :D. Jeżeli chodzi o nas to parę razy podwozie spotkało się z drogą wywołując u podróżujących spontaniczne okrzyki. Nie dało się nie oglądać za siebie w poszukiwaniu części podwozia. u6Na szczęście obyło się bez urwanej miski olejowej. Nie ukrywam..kilkanaście razy pomyślałam sobie „co ja tu robię?” Ufff.. dojechaliśmy. Trochę po 23 odnaleźliśmy swoje pokoje i łóżka. Warunki ekstra. Nie było się do czego przyczepić. Czułam się jak w polskich górach ,w drewnianym domku J. Pozostało tylko oddać się chwili spokoju i zbierać siły na kolejny dzień.

WYŚCIG

Pobudka tuż przed 8 ( tu należało by wspomnieć o zmianie czasu. U nas 6:50 . Na Ukrainie to już 7:50). Na śniadanie kasza gryczana ( ja osobiście nie przepadam) z mini parówką 😀 Nastroje przed startem dobre. Nie czuliśmy zmęczenia. Adrenalina u5rosła z minuty na minutę. Pikanterii całej sytuacji dodawał widok za oknem. Pada. Ku mojemu zadowoleniu wszyscy mówią o błocie. Będzie ekstra 😀 To moje ulubione warunki wyścigowe. Szykujemy się do startu. Adrian, Ela i Krzysiek stawili się na starcie o godzinie 10. Do pokonanie 70km przy 2500m przewyższeń. Ja wybrałam nieco łatwiejszą opcje 😉 47km, a garmin wskazał ponad 1800m przewyższeń. Melduje się na starcie o 10:30. Uśmiech od ucha do ucha. Przede mną perspektywa spędzenia ponad 4 h w siodle. Zero presji. Jadę po to żeby dobrze się bawićJ. START! Krótki zjazd i już pierwsza góra. Trasa przebiegała w większości szerokimi drogami gdzie nie było problemu z wyprzedzaniem. Single stanowiły zdecu4ydowaną mniejszość ( koło 7 km z całej trasy) . Mimo sił, już na 3 km, nachylenie oraz błotna maź zmusiły wielu uczestników do wycieczki pieszej w górę. Myślę sobie… no ładnie. Jak tak dalej pójdzie to będzie maraton pieszy z rowerem . Jednak takich odcinków była zdecydowana mniejszość. Pamiętam jeden podjazd gdzie w połowie już człowiek nie miał siły walczyć z uślizgami. Trzeba było zejść z roweru, a szło się wcale nie lepiej.. 3, 4km\h, nachylenie w okolicach 8 %.. Buty zapchane. Plus 1 kg na buta (pedały crank spisały się, nie miałam żadnych problemów z wpinaniem i wypinaniem butów). Żałowałam, że nie wkręciłam w buty kołków. Może by to coś poprawiło. Opony też się zalepiały. XR1 od Bontragera- mam wrażenie, że na ten wyścig przydałaby się bardziej agresywna opona ale nie można narzekać.u2 Dały radę. Z gęstej mazi oczyszczały się naprawdę szybko. Wymagająco .. Ale to nic. Każdy podjazd wynagradzał zjazd. Piękne, długie zjazdy. U mnie maks. prędkość 52 km/h. Euforia i zadowolenie przepełniały moje ciało. Sama przyjemność. W pamięci jednak cały czas miałam ostatni podjazd jaki na mnie czeka. Na wykresie wyglądał imponująco . Długa zielono, żółto, czerwona kreska na wykresie, która szła w górę od mniej więcej 37km do 44km. Podjazd pod stok zaczynał się polną drogą. Ciężko.. ale po 2 km zamienił się w kamienistą drogę idącą serpentyną w górę. Pudło uciekło mi właśnie na tym podjeździe. Miałam nadzieję dogonić jeszcze ukraińską koleżankę na zjeździe bo wiem, że tam radziła sobie sporo słabiej, ale niestety . Za bardzo się oszczędzałam na podjeździe. Kolarskie powiu3edzenie mówi, że wygrywa się na podjazdach, a przegrywa na zjazdach. Sprawdziło się jak nigdyJ . Ten ostatni zjazd.. adrenalina sięgnęła szczytu. Wąska ścieżka, zakręty, kamienie, błoto, korzenie idące pod skosem na najbardziej stromych odcinkach. Dla mnie bajka 😀 Ramiona paliły, palce lewej ręki odrętwiałe. Dużo trzeba było operować klamkami hamulcowymi. To był najbardziej wymagający zjazd na jakim miałam przyjemność jechać J Poprowadził mnie do samej mety. Radość i zadowolenie. Udało się dojechać w jednym kawałku bez urazów fizycznych i psychicznych;)

I jeszcze jedno. Bufety. To był dla mnie szok. Wjeżdżam na bufet. Sięgam po banana. W tym czasie rower zabiera 2 panów. Jeden z patykiem w ręku, drugi z olejem. Czyszczą mi rower 😀 Napęd jak nowy J Ale uwaga.. to nie koniec. Sięgam po Camelbaka, odkręcam go by dopełnić zapasów. W tym czasie Pani sięga do mojej twarzy, zdejmuje mi okulary, czyści moją twarz mokrymi chusteczkami . Nie wiedziałam czy się ruszyć czy nie 😀 Grzecznie poczekałam aż skończy . Byłam w szoku. Okulary też dostałam czyste. Myślę sobie.. może za zakrętem czeka fotograf 😛

Takiej obsługi życzę każdej kobiecie ścigającej się na maratonach J

POWRÓT
Oprócz tego, że nasi kochani celnicy tak strasznie ociągają su1ię na granicy ( chyba ponad 2h spędzone na czekaniu) to droga wydawała się przyjemniejsza. Wszystkim dopisywał dobry humor. Dzień był słoneczny więc podziwialiśmy piękne widoki po stronie ukraińskiej. Okazało się też, że droga którą jechaliśmy nocą w drodze na maraton, ma jeszcze więcej dziur za dnia :p. Niestety samochód ,którym podróżowaliśmy spotkała przykra sprawa. Prawdopodobnie od uderzenia kamyka pękła szyba. Na szczęście rysa „zakręciła” a my mogliśmy wrócić do domu. Pragnę pogratulować pozostałym uczestnikom woli walki i samozaparcia. Nie był to łatwy wyścig !
Do zobaczenia na kolejnym maratonie

Kasia B.

Dodaj komentarz