Płaskie góry czyli Nadarzyn Poland Bike.

Płaskie góry czyli Nadarzyn Poland Bike. 

Na SLR w Sandomierzu zrozumiałem, że tak jak żeglarze dzielą się na pełnomorskich i śródlądowych, czyli szuwarowo – bagiennych tak i kolarze dzielą się na górskich i nizinnych. Lekcja pokory, którą wtedy odebrałem uświadomiła mi, że jestem zdecydowanie szuwarowo– bagienny. Z tego też powodu, być może jako jeden z niewielu nie narzekałem gdy Poland Bike w Nadarzynie z góry okrzyknięto najłatwiejszym maratonem w sezonie. Zawsze to jakaś odmiana. Zresztą lubię cykl Waisa, być może z sentymentu bo właśnie w nim wystartowałem po raz pierwszy.

Ale do rzeczy.

Start i meta były pięknie położone w pałacowym parku w Młochowie. Wszystkie okoliczne drogi zastawione samochodami i pełno rozgrzewających się zawodników. Niedziela, piękna pogoda, blisko Warszawy nic dziwnego, że na starcie zameldowało się blisko osiemset osób, a dokładnie 776.

W sektorze ósmym Justyna, Karol i ja w sektorach z przodu i z tyłu jeszcze kilka zielonych koszulek. Chyba miało nas być więcej? Jestem zdecydowany jechać dystans MAX, ale nigdy nie wiadomo co się wydarzy po trasie więc zostawiam sobie w głowie furtkę na wcześniejszy zjazd do mety.

1…2…3 START.

Poland Bike Marathon Nadarzyn 2015 ruszył. Sektory startują co jedną minutę. Mam wrażenie, że zawsze startowały co dwie minuty. Sugestia jest oczywista, będzie szybko. I rzeczywiście pierwsze kilka kilometrów to najpierw asfalt, potem szuter, a na koniec polna droga. Kurzy się niemiłosiernie. Tuż przed wjazdem do lasu pierwsze wąskie gardło, lekko zakręcony „podjazd” z kilkoma korzeniami i wystającym pieńkiem. Niby nic, ale peleton staje zsiada z rowerów i kilkanaście metrów „z buta”. Wtedy dopada nas awangarda dziesiątego sektora. Konsekwencja jednominutowych odstępów między sektorami. Robi się ciasno.

Następny odcinek to bardzo wąski i zakrzaczony singiel. Niektórzy na upartego próbują jednak wyprzedzać, lewa moja, prawa wolna, trzeba uważać, żeby nie dostać z liścia. Kolejne kilometry to naprzemiennie wąskie leśnie ścieżki, szutrówki i krótkie odcinki asfaltowe. Płasko. Ale lekko nie jest.

Wtedy rozlegają się strzały. Naprawdę blisko i to nie pojedyncze tylko z broni powtarzalnej. OK widziałem po drodze myśliwskie ambony, ale to już przesada. Ktoś, w peletonie, żartuje, że zaczął się sezon polowań na rowerzystów, i że najpierw będą ci w czerwonych koszulkach. To jawna sugestia w kierunku gościa, który go właśnie wyprzedził. Pocieszam się, że Mybike ma zielone koszulki. To zwiększa szanse na przeżycie w lesie.

Ukształtowanie trasy powoduje, że tempo jest solidne. Nie ma chwili wytchnienia. Nasuwa mi się sugestia, że to jak pływanie kajakiem po jeziorze. Trzeba wiosłować cały czas. Prąd nie niesie, nie ma z górki. Chwili odpoczynku. Zdecydowanie najgorsze są powtarzające się sekcje z uciążliwymi muldami. Ni to kretowiska, ni „dzikowiska”. Komuś spadł łańcuch, ktoś łata dętkę, dwóch zawodników wygrzebuje się z rowu po kolizji.

W sekundę miga mi koszulka Mybike na poboczu, ale kolega z teamu nie wygląda na potrzebującego pomocy więc lecę dalej. Na szerokiej szutrowej drodze wysypanej drobnymi kamyczkami osiągam swoją prędkość maksymalną w tym wyścigu. Niestety nie doceniłem, zacieśniającego się zakrętu w prawo co skutkuje najpierw uślizgiem tylnego koła potem przedniego, a na koniec zwiedzaniem pobocza. Uff utrzymałem się w siodle, a w niedalekiej perspektywie były już trzciny i błotnisty staw. Na drugim kółku byłem w tym miejscu zdecydowanie ostrożniejszy.

Na uwagę zasługuje sekcja w żwirowni, kilka stromych zjazdów i jeden podjazd, wszystko na luźnym piasku o konsystencji mąki. Niby nic wielkiego, ale zawsze jakaś atrakcja.

Cały czas jest dość ciasno. Rozjazd MINI i MAX dopiero na 25 kilometrze. MINI prosto MAX w prawo. Robi się luźno, wręcz pusto. Tylko 239 zawodników pojechało drugą rundę.

Szybko przeliczyłem czas okrążenia i wyszło, że zmieszczę się w 2.05h no może 2.10h. Nieźle więc napieram dalej. Optymista. Organizatorzy zadbali, żeby drugie okrążenie dystansu MAX nie było nudne. Na początek naprawdę wąski i mocno pofałdowany singiel. Co chwila na drzewach tabliczki UWAGA, UWAGA. Nie wierzę, że ktoś z kierownicą powyżej 70 cm mógł tędy przejechać swobodnie. Singiel urywa się gwałtownie tuż za kolejną czerwoną tabliczką. Bardzo stromy zjazd, właściwie uskok. Chwytam rower pod pachę i w dwóch skokach jestem na dole. Miejsce jest nieprawdopodobnie zryte. Ktoś próbował nawet tędy zjechać, ślady lądowanie są widoczne na dole. Kolej na powtórkę ze żwirowni tym razem bardziej rozbudowaną. Potem już do mety.

W międzyczasie rozwiązuje się zagadka kanonady, która towarzyszy nam przez cały czas. Przez chwilę trasa prowadzi wzdłuż betonowego muru za którym jest strzelnica. Co za ulga.

Od dłuższego czasu jadę sam. Niby ktoś jest z przodu i słyszę kogoś z tyłu, ale generalnie tempo mi spada. Kiedy mijam tabliczkę z napisem 10 km, zjadam i wypijam to co mi zostało i próbuję się zmobilizować. Okrążenia miały być dwa, ale trzy razy mijam pomalowany na pomarańczowo kamień i trzy razy przeskakuję przez to samo drzewo. Tuż przed metą dość trudna, kręta sekcja w jakimś parowie. Młode drzewka na skraju ścieżki mają pozdzieraną korę na wysokości kierownicy roweru. Każde. Widać, że przetoczyło się tędy kilkuset zawodników.

Wreszcie finisz. Niby szybki, ale wcale nie najłatwiejszy. Dość wąskie żwirkowe alejki w parku, nad jeziorkiem. Pięknie, ale nad stawem siedzą ludzie i łowią ryby, dzieci spacerują na poboczu, a w newralgicznych miejscach stoją solidne żeliwne ławki. Oczami wyobraźni widzę siebie „wmontowanego” w jedną z nich. Albo w śmietnik. To ogranicza prędkość. Dopiero ostatnia prosta pozwala na redukcję o kilka tarcz i wyciśniecie z siebie ostatnich sił. Wynik 2.22h Garmin pokazał 48,75 km. W sumie jestem zadowolony ze startu. Pojechałem MAXa i awansowałem o dwa sektory.

Mniej więcej na 35 kilometrze miałem lekki kryzys. Niby pedałowałem, ale rower nie jechał. Wtedy pojawił się ON. Starszy Pan, na rowerze z bagażnikiem, lampką z przodu i dzwonkiem. Na nogach zwykłe sportowe buty. Siwa broda na oko 60+. Zaczął mnie wyprzedzać, walczyłem, ale mu się udało. Zaczął się oddalać, walczyłem, ale i tak zniknął mi za kolejnym zakrętem. Pan Andrzej, Wieliszew Heron Team, nr 575, rocznik 1949. Mój czas gorszy o 42 sekundy. Panie Andrzeju jeżeli przeczyta Pan kiedyś te słowa SZACUNEK, RESPECT i CHAPEAUX BAS. Za dwadzieścia lat chcę być taki jak Pan.

Piotr „Buczek” Buczyński

 

 

Wyniki Mybike Team Nadarzyn:

Nr Nazwisko Imię Rocz. Kat. M. open M. kat. Dystans Team Czas Punkty
181 Berner Piotr 1982 M3 26 13 MAX MYBIKE.PL 1:47:07 562.66
523 Kuchniewski Tomasz 1966 M4 135 34 MAX MYBIKE.PL 2:04:43 483.26
89 Buczyński Piotr 1973 M4 202 54 MAX MYBIKE.PL 2:22:45 422.21
522 Kuchniewska Beata 1966 K4 27 7 MAX MYBIKE.PL 2:46:51 420.14
671 Dzięcioł Justyna 1979 K3 21 11 MINI MYBIKE.PL 1:18:17 344.22
175 Rola-Janicki Robert 1961 M5 288 23 MINI MYBIKE.PL 1:18:27 292.76
691 Sawicki Karol 1976 M3 321 129 MINI MYBIKE.PL 1:20:16 286.13
248 Sarnecki Marek 1983 M3 394 167 MINI MYBIKE.PL 1:28:15 260.25

Dodaj komentarz