Memoriał Królaka, czyli ściganie w centrum Warszawy

Kolarskie święto w Warszawie
Zeszłoroczny film z Memoriału Stanisława Królaka spowodował, że zamarzyłam, żeby w tym roku wziąć udział w tej imprezie odbywającej się w sercu Warszawy, na pętli ulicznej, otoczonej kibicami. Moje plany dotyczące zakupu roweru szosowego wiązały się m.in. z tym wyścigiem, no i stało się – szosa zakupiona została na początku lipca, jak się okazało, świetnie uzupełniła mój plan treningowy i przyspieszyła dojazdy do pracy. Z drugiej strony przekonałam się, że jednak moim żywiołem jest jazda rowerem górskim i to na nim czuję się najlepiej. Tak więc, kiedy przyszedł czas decyzji co do startu, początkowo planowałam jako jedyny raz w tym roku postawić na szosę, ale przeglądając wyniki z zeszłego roku wpadłam na szalony pomysł – startu w obu wyścigach, najpierw na rowerze górskim, a potem szosowym.

Prosty plan, ale jak go wykonać?
Plan wydawał się idealny – o 12:30 start na rowerze górskim, potem krótki odpoczynek, jakaś przekąska, banan, a następnie o 14:15 sprawdzenie swoich sił na szosie. Pewne wątpliwości pojawiły się, kiedy prognozy pogody pokazały jednoznacznie, że niedziela będzie deszczowa. To, co na rowerze górskim nie stanowi dużego problemu, na szosie, bez dużego doświadczenia jazdy po mokrych drogach, może okazać się nieco trudniejsze. Drugi problem, jaki dostrzegłam to była wątpliwość – jak dojechać na miejsce z dwoma rowerami? Samochodem do centrum z zasady nie jeżdżę, bo szkoda mi nerwów i czasu na szukanie miejsca. Kilka razy przejeżdżałam już krótkie odcinki rowerem, prowadząc drugi rower obok i tym razem również postanowiłam spróbować, przynajmniej kilkaset metrów do przystanku, z którego odjeżdża kilka autobusów w kierunku miejsca startu wyścigu. Niestety chociaż wydawało się, że idzie mi nie najgorzej, tuż przed przystankiem na moment straciłam równowagę i stało się – kolano rozcięte i to tak, że zastanawiałam się, czy w ogóle będę mogła wziąć udział w wyścigu. W pobliskiej Żabce kupiłam plastry, co pozwoliło jakoś zabezpieczyć ranę, autobus na szczęście szybko przyjechał i tak dotarłam na miejsce startu nieco spóźniona, ale z nadzieją na start. Przecież już tyle myślałam o tym wyścigu, że teraz nie czas było rezygnować.  Przywitał mnie Mimi i cały sztab w namiocie MyBike.pl, gdzie zostawiłam oba rowery i poszłam szukać namiotu służb medycznych. Jestem wdzięczna ratownikom, którzy chociaż odradzali ściganie się, zaopatrzyli ranę tak, że byłam wstanie wystartować i dobrze pojechać. Jeszcze wizyta w Biurze Zawodów, odebranie roweru i trzeba było się spieszyć na start. Przez całe zamieszanie na miejsce trafiłam kilka minut przed wyznaczoną godziną rozpoczęcia wyścigu i pozostało mi jedynie wejście do trzeciego (ostatniego) sektora. Razem ze mną startował Wojtek Wołoszczuk i Bogdan Wołoszczuk, a z przodu Piotrek Berner.

Wyścig amatorów na rowerach górskich
Maraton wystartował – każdy sektor osobno. Ciasno było tylko na początku, kiedy każdy ostrożnie mijał zakręty na śliskiej ulicy. Podczas pierwszego zjazdu miałam okazję zaobserwować dlaczego – kiedy na końcu zjazdu z Tamki jeden zawodnik nie zdołał zahamować i wylądował na barierce, na szczęście osłoniętej przez organizatora czymś miękkim. Za zakrętem zawodników czekał prosty odcinek pod wiatr i wreszcie słynny podjazd Bednarską po bruku. Dla roweru górskiego nie jest to duży problem, może poza wysiłkiem. Starałam się zwracać szczególną uwagę na dziewczyny, które doganiam, ale trudno mi było określić, na którym miejscu ukończę wyścig. Wiedziałam za to, kiedy wyścig kończyła czołówka mężczyzn, bo kiedy ja kończyłam 4 pętlę, oni właśnie finiszowali na piątym okrążeniu. Jadąc samemu czasami trochę trudno o motywację, ale kiedy na mojej ostatniej pętli na prostej pod wiatr zobaczyłam kucyk, jeszcze mocniej zaczęłam naciskać na pedały, dzięki temu udało mi się dogonić i wyprzedzić jeszcze jedną zawodniczkę. Z przodu majaczył zielony strój Wojtka Wołoszczuka, ale jego nie dałam rady dogonić. Spotkaliśmy się na mecie, on z czasem o 22 sekundy lepszym ode mnie….. Przyznam, że przez cały wyścig nawet przez chwilę nie pomyślałam o chorym kolanie. Adrenalina zrobiła swoje – nic nie bolało.
Oto pełne wyniki wyścigu amatorów na rowerach górskich, chyba wygląda to nie najgorzej:

Rowery górskie – wyścig kobiet open – 5 okrążeń – (15 km) – Kobiety

Lp. Numer Rocznik Nazwisko i Imię Drużyna 1 okr. 2 okr. 3 okr. 4 okr. 5 okr. Czas
1 18 1983 Żyżyńska-Galeńska Krystyna MyBike.pl 05:45 05:46 05:54 06:06 05:50 00:29:22 D

Rowery górskie wyścig mężczyzn (roczniki 1974-1996) – 5 okrążeń (15 km) – Mężczyźni

9 2240 1982 Berner Piotr MYBIKE 05:10 05:22 05:26 05:23 05:23 00:26:47
18 282 1975 Wołoszczuk Wojciech MYBIKE.PL 05:30 05:38 05:50 06:06 05:54 00:29:00

Rowery górskie wyścig mężczyzn (roczniki 1973 i starsi) – 5 okrążeń (15 km) – Mężczyźni

27 580 1950 Wołoszczuk Bogdan mybike 07:49 09:08 09:15 08:54 09:12 00:44:20 D


Po wyścigu miałam około godziny na przygotowanie do wyścigu szosowego. Znów chwila zastanowienia, czy nie powinnam jednak pojechać do szpitala zgodnie z zaleceniem ratowników, ale przecież nie zrezygnuję z odbioru pucharka za wyścig na góralu, przecież tak chciałam spróbować swoich sił na szosie. Drugi komplet suchych ciuchów i ciepła herbata w pobliskiej sympatycznej knajpce przesądziły sprawę – było mi już ciepło i miałam apetyt na jeszcze jeden wyścig. W końcu to tylko kolejne 15 km – znacznie mniej, niż zwykle przejeżdżam na maratonach.

Wyścig amatorów na rowerach szosowych
Tym razem najpierw startowały kobiety oraz młodzież – wszyscy mieliśmy do przejechania 5 okrążeń. Znów weszłam na linię startu w ostatniej chwili, ale tym razem było nas znacznie mniej i nie było sektorów. Niestety, nie uchroniło mnie to przed kraksą na pierwszym okrążeniu. To, co na rowerze górskim wychodziło świetnie – skręt w lewo w Tamkę, na rowerze szosowym okazało się przyczyną mojego zderzenia z Elą Mzyk, która nie zdążyła wyhamować. Było to efektem mojego braku doświadczenia w wyścigach szosowych, jak też śliskiego asfaltu, na którym nie jest tak łatwo skorygować swój tor jazdy. Cóż, trzeba się było jakoś pozbierać i jechać dalej. Przekrzywiona klamkomanetka nie nastawiała optymistycznie, ale okazało się, że przerzutka działa i dało się jechać. Znów musiałam przez cały czas jechać sama, gonić i wyprzedzać kolejne zawodniczki, bez świadomości, na którym miejscu mam szansę ukończyć wyścig. Podjazd po bruku chociaż trudniejszy, niż na rowerze górskim, nie sprawiał mi dużego problemu, dlatego chyba nie najgorzej szło mi to wyprzedzanie. Jak się okazało, nie zdołałam dogonić tylko dwóch młodych zawodniczek, ale wśród dorosłych kobiet open byłam dekorowana na pierwszym miejscu. Więc jednak warto było 🙂
Czy widać to zacięcie? Fot. Zbigniew Świderski

Rowery szosowe wyścig kobiet open – 5 okrążeń (15 km) – Kobiety

3 289 1983 Żyżyńska-Galeńska Krystyna MyBike.pl 06:54 06:02 05:53 06:09 05:51 00:30:51

Niedługo po zakończeniu wyścigu kobiet i młodzieży, zaczynał się wyścig amatorów mężczyzn – oni mieli 7 okrążeń do przejechania i było ich znacznie więcej, niż nas. Wśród zawodników MyBike.pl szosa okazała się równie popularna jak rowery górskie. Kiedy odpoczywałam po swoim wyścigu w namiocie MyBike, słyszałam wieści kibiców z trasy: Paweł Partyka jest w „grupie pościgowej”, całkiem blisko czołówki. Widać było również, że Bartek Szydłowski (Szydło) jeździł ostatnio na szosie, a Kuba Okła jak zwykle jechał świetnie, ale niestety podobnie jak ja, zaliczył „stłuczkę”. A oto wyniki naszych „szosowców”:

Rowery szosowe wyścig Amatorów mężczyzn (roczniki 1974-1996) – 7 okrążeń (21 km) – Mężczyźni

16 294 1981 Partyka Paweł mybike.pl 04:58 04:55 04:57 05:14 05:16 05:09 04:58 00:35:31
30 222 1985 SZYDŁOWSKI Bartosz mybike.pl 05:29 05:17 05:33 05:40 05:33 05:37 05:30 00:38:41 D
38 219 1992 Okła Jakub mybike.pl 04:52 04:50 05:02 07:52 05:15 05:25 D

Myślę, że cały dzień można podsumować krótko – warto było przyjechać. Gdyby pogoda była nieco lepsza, byłoby jeszcze fajniej, chociaż kibice i tak dopisali, a to zawsze motywuje do szybszej jazdy. Dla mnie dzień skończył się wizytą w dwóch szpitalach – najpierw na szyciu kolana, a następnie prześwietleniu barku – to drugie jak się okazało, niekoniecznie potrzebne, bo było to tylko stłuczenie po upadku na szosie. Niestety przez to nie miałam okazji zobaczyć jak ścigają się zawodowcy, ale mam nadzieję, że będę mogła to również zobaczyć za rok. Trochę martwi mnie tygodniowa przerwa w treningach, bo już prawie złapałam rytm po wakacjach, ale trudno – lepiej chwilę poczekać, żeby w sobotę na kolejnym wyścigu rana była już dobrze zasklepiona. Dziękuję szczególnie ratownikom, z którymi musiałam się spotkać 2 razy – przed ściganiem, a także po ukończeniu wyścigu szosowego. Atmosfera w miasteczku jak zwykle była świetna, a w międzyczasie śledziliśmy postępy Wojtka w jego wyzwaniu, jakim był maraton BBT – 1008 km.

Dodaj komentarz