Bądź czujny jak ważka w locie: Puławy Mazovia 2014

Bądź czujny jak ważka w locie – mówi mój kolega z drużyny Wojtek Wołoszczuk przed wyścigami.

dsc_9323ela i wojtek

Fot. Zbyszek Kowalski. Ja i Wojtek Wołoszczuk po maratonie: widać że w głowie analizujemy swoje dokonania;-)

Ja dokończę to powiedzenie tak: „Bądź czujny jak ważka w locie, nigdy nie wiesz, kiedy dopadnie Cię forma”.
Puławy to był mój dzień:)
Miałam za sobą serię nieudanych startów (głównie zawdzięczając to pewnemu niefortunnemu zjazdowi 20% na szosie w Chorwacji, co dało mi więcej wymówek niż zazwyczaj, żeby nie ćwiczyć mocniej przez miesiąc; na treningach częściej kłapałam szczęką niż łydką…;).

Bez większych oczekiwań jechałam na weekend do Puław i Nałęczowa, potrenować interwałowo przed etapówką Bike Adventure na początku lipca. Do tej pory zastanawiam się, jakie uczucie mną poniosło, że w styczniu opłaciłam udział na najdłuższym dystansie PRO, 2 km przewyższeń co dzień i tak przez 4 dni w górach. Krzyczę teraz do siebie jak spadający  (czuję już pod skórą to rozbicie) z katedry Notre Damme Quasimodo: Dlaczego? Pozytywne jest to, że w ten dystans wrobiłam dwóch kolegów, którzy w pocie czoła też ćwiczą (idzie im jednak relatywnie lepiej:) Będzie z kim wspominać i cierpieć po:)

Przez kolejne trzy tygodnie do etapówki zamierzam zgodnie z wytycznymi co lepszych zawodników prowadzić życie kolarskiego purysty: pięć razy w tygodniu trening, jedzenie buraków z kaszą na zmianę z owsianką popijane Muszynianką, decyzję o wypiciu jednego piwa będę odwlekać do optymalnego (w tym zakresie) punktu w cyklu treningu,  rzucam nawet kawę, bo wypłukuje minerały. Jeśli o czymś zapomniałam to piszcie maile, bo chcę ukończyć.

Na wyścig w Puławach pojechałam decydując się w ostatniej chwili, styrana dwa dni wcześniej trasą 150 km na szosie z ambitną ekipą. Właściwie tylko dzięki koledze Gero (najlepszy serwis w północnej części Warszawy, do polecenia), który doprowadził mój rower do użytku po maratonie w Nowinach. A po sezonie zimowym i kilku błotnych maratonach mój rower skrywał wiele w sobie od wewnątrz:D

dsc_8585Marek

Fot. Zbyszek Kowalski. Marek Sanaluta mnie goni. Motywacja duża;-)

I mogłam pojechać. Dzień wcześniej zarzekałam się znajomym, że będzie drugie miejsce, ale mam skłonność do nierealnych toastów!;) Puławy warte grzechu. Przede mną było 50 km jazdy w górę i w dół w soczystej zieleni. Długie zjazdy wąwozami, błoto zaskakujące kolarzy w najmniej spodziewanych momentach. Kiedy właśnie wychodzisz ze skrętu w wąwozie, niespodzianka natury. Nasz kolega Marek wpadł w coś takiego i mówił, że wciągało jak bagno. Brrr mi udało się ominąć ten thriller Hitchcocka…

No i mocne podjazdy, na których zdecydowanie zyskiwałam przewagę nad zawodnikami. Nawet na gołej oponie z przodu udawało mi się bez problemu podjeżdżać dobrze manewrując kierownicą. I w tym punkcie podziękowania dla Konrada Stawickiego z IBOX Gravitan/Na sportowo rowerowo za lekcje slalomu przy ostrych podjazdach!:) Wyminęłam co najmniej 10 osób:)
Bo slalom był pomiędzy ludźmi:)

Startowałam z ósmego sektora (po giga w Supraślu pospadały sektory). Co było problemem. Ustawiłam się w czołówce, wycięłam druga na kole najmocniejszego chłopaka z grupy. Kiedy dał znak na zmianę to zmieniłam. I tylko zobaczyłam konsternację na twarzy. No cóż ja poradzę, że kobieta;-) Ale pojechaliśmy na zmiany pierwsze kilometry po prostej. Następnego dnia tłumaczył się, że spodziewał się mocnej ekipy mężczyzn do zmian (szosowiec:)). Uświadomiłam go jednak, że z naszego sektora popędziłam za nim ja, a w trzeciej kolejności nastoletni chłopak. Który był za mały na zmiany. No cóż, pech to pech;-) Niezły pociąg mu się trafił, kobieta i dziecko na pokładzie:D

dsc_9140ela kałuza

Fot. Zbyszek Kowalski. Lewa, lewa, lewa:)

Dogoniłam szósty/piąty sektor, czyli mój poziom. I potwierdziło się to, że jak mam kogo ścigać, to daję z siebie co mam. To znaczy wszystkie dziewczyny,  które miałam w zasięgu wzroku i rozpoznałam, dogoniłam. Chwilę zagadałam z Ewą Fijarczyk, której nawalił kręgosłup i ciężko się jej jechało (rzeczywiście wertepy były na polach duże i trzepało rowerem…)

Na giga nie ma dla mnie opcji ścigania, bo z 6 sektora jedzie się samemu i raczej mam tendencję do trzymania równego tempa (w Nałęczowie łącznie ze mną dwie osoby wystartowały). Poza tym, zawsze mi się wydaje, że jak przyspieszę to nie dojadę w jednym kawałku:) Dystans mega daje mega frajdę, bo jest więcej ludzi i są interakcje i emocje:) Nie szkodzi, że zjazdy zablokowane – wtedy zbiegałam wymijając schodzących:) Tym razem to ja mogłam doganiać i popędzać znajomych:).

dsc_8834_ela podjazd

Fot. Zbyszek Kowalski. Częściowy podjazd pod stok.

Widok Gosi Łęckiej zmobilizował mnie nawet na tyle, żeby podjechać część stoku narciarskiego. Skomentowała tylko, że jestem szalona. Ale to wiemy obie od dawna. Mamy szczęście mijać się na maratonach w ekstremalnych momentach, a to na śliskim zjeździe zimą, a to w strumieniu w trakcie powodziowego Wąchocka itd., itp.:) Z ubiegłego roku pamiętałam tylko jak Ania Klimczuk podbiegała cały stok po tym jak złapała gumę i goniła chyba Krysię. Ja niestety jeszcze nie potrafię z siebie tyle wycisnąć. Pewnie skończyło by to się respiratorem i spotkaniem ze świętym Piotrem, tłumacząc się mgliście czemu tak szybko trafiłam na drugą stronę:) Albo jako jakaś cząstka chaosu. Albo jako zmora strasząca chamskich kolarzy i zrzucająca im części w garażu. Kto to wie;-)
Ale za rok, zobaczymy:)

dsc_8750Krysia podjazddsc_8780_Wojtek podjazd

Fot. Zbyszek Kowalski. Krysia i Wojtek na podjeździe pod stok. Krysia podjechała cały, ale ponoć się nie opłacało patrząc na bilans energetyczny. Wojtek – kto mi nie powie, że nie jest urodzonym fotomodelem;-)

Co ciekawe dwie koleżanki przyznały, że nie widziały kiedy je wymijałam, ja też na nie zwróciłam uwagi (ale jechałam w amoku). Biodra mam wyjątkowo kobiece, więc pomyślałam, że zielone kolory Mybike.pl nieźle maskują;-) Następnym razem tylko wypada liście w kask dodać;-)
Ostatnie kilometry okazały się najtrudniejsze. Każdy nastawił się na mocny finisz, a tymczasem traweczka na wale wessała rowery i 20 km na godzinę… Meta oddalała się jak fotomorgana. Kiedy właśnie chcesz się poczuć jak Maja Włoszczowska, to nabierasz tempa żółwia.  Na szczęście mam silne nogi, takie kawałki to też zysk dla mnie, wiec dopędziłam w miarę żwawo do końca.

Zadowolona. Dawno nie miałam takiej frajdy z trasy. Były podjazdy, techniczne kawałki, dobra pogoda. Jednym słowem nie wiało nudą. Zajadałam się pomarańczami i dopiero po jakimś czasie przyszło mi do głowy, żeby sprawdzić wyniki.

dsc_9270ela podiumdsc_9271ela podium

Fot. Zbyszek Kowalski. Podium.

Udało się być trzecią w open, oraz drugą w mocnej kategorii K3. Co ciekawe objechała mnie moja imienniczka Ela Kaca. Startowała z wcześniejszych sektorów, więc nie miałyśmy okazji się spotkać na trasie. Po ustaliłyśmy tylko, że mamy rodzinę w tych samych rejonach. Więc może warto przejrzeć drzewo genealogiczne: Dzięki temu jednak, że koleżanka jeździ tak dobrze, ja mogę oddawać się  czasem wycieczkom rowerowym – i tak co weekend znajomi piszą smsy z gratulacjami wyników, nie mam siły się już tłumaczyć;-D

Potem czekałam na resztę. Marek Sanaluta startował z 11 sektora. W głowie obliczyłam, że na 40 minucie jazdy Marek będzie mnie dublował i cały czas uciekałam. Marek to nasz zdolny gigowiec, ale odkąd się ożenił miga się, twierdząc że żona go za dobrze karmi i ciężko mu się jeździ;-) Po półtorej godziny zaczęłam się martwić co z Mareczkiem, może wyprzedził mnie na zjeździe i nie zauważyłam? Nie może być..nie tym razem. Okazało się jednak, że powietrze mu schodziło ze źle uszczelnionych opon i musiał stawać i podpompować i już mnie nie dogonił. Odegrał się dzień później;-)

Ale i tak miał sporo zabawy, to jego przetarcie w tym sezonie. Zaczęli zjeżdżać gigowcy. Na mecie pojawiła się Ula Luboińska, która narzekała, że ma słaby dzień i jechała w aktywnej regeneracji  (też bym tak chciała jeździć w mój słaby dzień;-)  i parę minut za nią Krysia.
Zawiedziona, niedojechana, bo trasa giga została skrócona do 70 km (trasa mega też została skrócona) i źle rozłożyła siły. Natomiast była zadowolona z faktu, że na drugiej pętli jechała sama i mogła się rozpędzać do 50 i wyżej na zjazdach. To jest dopiero szaleństwo:)

dsc_9022_Krysia jazda

Fot. Zbyszek Kowalski. Kobieta gepard.
Wojtek Wołoszczuk pojechał pierwszy raz giga i jechało mu się rewelacyjnie. Po tym maratonie mam już pewność. Wojtek jest niekwestonowanym mistrzem ujęć na zdjęciach. Jego czujne oko wychwyci flesz aparatu zanim jeszcze pomyśli o tym fotograf. W mgnieniu oka pojawia się uśmiech Mona Lizy, na zmianę z szelmowskim pozowaniem na rowerowego Zorro. No dobrze, przemawia przeze mnie kobieca zazdrość;-)

dsc_9071wojtek kałuża

Fot. Zbyszek Kowalski. Wojtek na tle kałuży.

Pozdrowienia! Ela Kaca

Wyniki:
Giga (71km),

Krysia Żyżyńska – Galeńska 03:13:08 czas zwycięzcy 03:08:59

Wojtek Wołoszczuk 03:21:45 czas zwycięzcy  02:36:05

Mega (47 km)

Ela Kaca 02:17:47 czas zwycięzcy 02:11:12

Marek Sanaluta 02:23:03 czas zwycięzcy 01:36:33

Fit 25 km

Hubert Lis, 1:02:24, czas zwycięzcy 00:49:48

Dodaj komentarz