fbpx

Wyścig na który chcesz wracać.

strategicznie na początku sektora

To już mój trzeci Klasyk z rzędu. Na pewno będą następne.
Postaram się opowiedzieć czemu warto tu przyjechać. Nawet jeśli jak ja- w górach nie powalczysz.

Beskid niski może i nie powala przewyższeniami. Mało tu wielokilometrowych podjazdów, czy ścian na których pomyślisz o rzuceniu w cholerę kolarstwa. Region o którym się nie rozmawia… Czy jednak?

Od kiedy powstał ten wyścig- a właśnie odbyła się jego 9-ta edycja, coraz większe grono kolarzy zaczyna się nim interesować.
Z roku na rok na starcie jest większy ścisk. Limit określony na 500 osób tego roku został wypełniony. Był komplet!

Czemu?

Dla mnie sprawa jest prosta.
Trenuję i ścigam się z pasją. Spora część życia podporządkowana jest właśnie kolarstwu. Jeśli już gdzieś wyjechać, to raczej w miejsce spokojne.

I tu właśnie pojawia się Beskid. Ten Niski, czy Sądecki. Wspaniałe pasma górek, które są gdzieś na boku całego zgiełku turystycznego. Z drugiej jednak strony region otwarty na turystę. Spora baza noclegowa, sporo fajnych asfaltów, wspaniałe widoki i wszechobecny spokój! To moje miejsce na weekend majowy. A jak już człowiek tu jest… 😉

Trasa ma 60 km i 1200 m w pionie. Nie powala prawda?

I bardzo dobrze. Sezon dopiero się zaczął. Nie wiem czy masakratory typy Tatra Road Race to dobry pomysł na ten moment. Klasyk wpisuje się idealnie we wiosenne założenia.

W kalendarzu MyBike Road Team wyścig ma mocną pozycję.
W tym roku przyjechaliśmy w 11 osób.

Założenia? No spoko- wiadomo że fajnie je mieć, ale góry to dla amatorskiej drużyny trudny kawałek tortu.
Na pewno Mateusz Wyszyński, Maciek Jarmosz oraz Piotrek Cudny mieli szanse powalczyć. Chłopaki mają dobrą formę oraz wagę pozwalającą jechać pod górę troszkę szybciej niż walec.
My, czyli pozostała część drużyny, w tym wyścigu stanowiliśmy tło dla w/w kolegów. Postanowiliśmy stanąć wysoko w sektorze i „przeholować” górali przez start honorowy na wysokich pozycjach w peletonie.

Przed startem…

Przyjechaliśmy do Krynicy- Zdrój w sobotę po południu. 5 minut później zaczęło padać i tak w zasadzie zostało to wtorku.
Pogoda nie rozpieszczała. Temperatura nie przekraczała 8 stopni, padało mniej lub bardziej, ale w zasadzie cały czas. Do tego wiatr…
Taki los, co zrobić.
Całe szczęście zabrałem ze sobą trenażer. Prognozy nie pozostawiały złudzeń, zatem jakoś go wcisnąłem do auta. Było to dobre posunięcie. Mogliśmy zrobić krótkie treningi przedstartowe, nie narażając się na zapalenie płuc 🙂

Przejechaliśmy też tresę wyścigu autem, bacznie zwracając uwagę na istotne fragmenty. Na tej podstawie ułożyliśmy sobie plan i czekaliśmy na dzień startu!

We wtorek wieczorem prognozy dawały światełko w tunelu. Była szansa na suchy wyścig, lub chociaż bez deszczu. Wszytko gotowe!

Wyścig!

Obudziłem się o 4 rano. Lało… Wróciłem do łóżka lekko przybity.

Każdy woli w słoneczku, ale cóż… Trzeba brać co jest.
Śniadanie, pakowanie do aut i ruszyliśmy do baru „U Eda” w Łosiach.
Tam tradycyjnie już zlokalizowany jest start oraz miasteczko kolarskie.

Zbliżając się na miejsce, ku naszej uciesze, zauważyliśmy że asfalty zaczynają przesychać, a chmury lekko się przerzedzać. Czyżby…?

Szybka wizyta w biurze zawodów, przyklejenie numeru na sztycę i przebierka. Spotkani znajomi z Wawy, którzy tak jak ja przyjechali na ten wyścig. Zaplanowane 1,5h na „ogarnięcie” zleciało szybko.
Można było jechać na rozgrzewkę.

Słońce! Chmury zniknęły znad naszych głów i pojawiło się słońce!
Szybka korekta ubrań i gdy zjawiliśmy się w sektorze, było już ciepło i przyjemnie. Asfalt stał się suchy!
Pozostało odliczać minuty…

Nerwy…

Każdy reaguje inaczej na stres przedstartowy. Jedni go lubią, bo motywuje- inni nienawidzą.
Tak czy inaczej czuć było napięcie w licznym peletonie. 4,5km startu honorowego. 3… 2… 1… poszło!

Rok temu było nerwowo. Kto spóźnił się do sektora, na siłę się przepychał do przodu. Ci co stali wcześniej nie chcieli oddać pozycji.
W tym roku było identycznie. Myślę że w tym punkcie Org powinien pomyśleć nad zmianami. Jedyny mały minusik na tle tego wspaniałego wyścigu.
Kilka upadków… Bez sensu, choć największą winę ponoszą sami kolarze przepychający się na tym odcinku…

Po kilku minutach auta prowadzące kolumnę skręciły w lewo i zaczął się wyścig!

Na dzień dobry pierwszy podjazd. Trochę ponad 3km długości o śr. nachyleniu 7,1%
Idealne miejsce aby zrobić solidną selekcję.
Wiedzieliśmy że od tego podjazdu w dużej mierze zależą losy wyścigu. Tu trzeba pojechać 115% aby złapać jak najsilniejszą grupkę po zjeździe. Po pierwsze dla tego że było troszkę płaskich fragmentów, po drugie- wiał wiatr, i to dość mocno.

No cóż… Pojechałem zgodnie z założeniami. Tak jak planowałem. Nie szarpałem się z szybszymi za wszelką cenę, ale 10 minutową górkę pokonałem ze śr. mocą na poziomie 117% FTP.
Od razu za szczytem zaczął się długi szybki zjazd, gdzie prędkość przekraczała 80 km/h.
Niestety były na nim upadki. Widziałem kilku leżących kolarzy. Wiem że jeden z uczestników kraksy na tym zjeździe doznał poważnych obrażeń.
Kolarstwo to bardzo trudny sport i upadki czasem się zdarzają. Nie wszyscy też dobrze jeżdżą technicznie…

Pierwsza selekcja.

Duża grupa około 30 osób jechała jakieś 350 metrów przede mną. Ciągnął się za nią łańcuszek kolarzy odpadających lub próbujących dojść.
Tak oto uformowała się pogoń składająca się z 8 osób. Przez chwilę jechał ze mną Tomek Skrzyniarz. Pracowaliśmy ładnie i dobrze to wyglądało.
Po kolejnym podjeździe zauważyłem że Tomek został. Szkoda.

Nie ukrywam że bardzo zależało mi aby dojść do dużej grupy. Można wtedy więcej odpoczywać i oszczędzać nogę na podjazdy. Ale żeby wyjąć trzeba włożyć…

Praca w pogoni

I wkładałem. Nasza mała grupka jechała dość szybko. Były momenty gdy odrabialiśmy stratę. To jednak duży koszt, tym bardziej kiedy nie wszyscy są zainteresowani pracą (co miało miejsce), lub nie układa się techniczna jazda. Moje próby zorganizowania podwójnego wachlarzu niestety były daremne, Ktoś nie wiedział o co chodzi, ktoś bez sensu szarpał… Chwilę działało i zdychało…
Po dwóch podjazdach i około 40 minutach wyścigu dojechaliśmy do kolejnego kluczowego miejsca. Najpierw krótki i stromy podjazd (1,6 km 6%) oraz chwilę po nim długi (4 km 3,5%) do tego pod wiatr!
Na „krótkim” łapię pierwszą zadyszkę. Miejscami nachylenie przekracza 10% a to już nie żarty przy wadze 87 kg. Jest mi ciężko. Pojawia się opcja przeskoczyć do gonionej grupy, ale organizm odmawia. Wiem że muszę na chwilę zluzować i pojechać „swoje”. Ostatecznie zostaję w grupie w której jechałem. Nie tym razem…

Na mniejszym z podjazdów udaje mi się utrzymać w grupie. Kolejny- dłuższy, to już mój w kład w tempo.
Wcześniejsza chwila oddechu pozwoliła ponownie wejść na wyścigową intensywność. Noga się kręciła. W ten sposób dojechaliśmy do szczytu i zaczął się długi zjazd.

Nie ma odpoczynku.

Droga w dół nie spada zbyt stromo. Trzeba było cały czas dokręcać. Niby nic trudnego gdyby nie wiatr…
Po pokonaniu szczytu przywitała nas solidna wichura prosto w twarz.
Wyścig odjeżdżał… Pracowałem z czterema osobami z grupy. Mocne zmiany i chwila odpoczynku „na kole”.
Było nas zbyt mało…
Z każdym metrem widziałem jak goniona grupa powiększa przewagę. Gdy na dole skręciliśmy w kierunku kolejnego podjazdu, wiedziałem już że pogoń była daremna…

Taktyka

Niestety plan „A” odjechał.
Musiałem na szybko opracować plan „B”.
Zostały 3 podjazdy. Pierwszy dobry dla mnie. Niezbyt stromy, gdzie moc bezwzględna dawała przewagę, oraz strome dwa ostatnie.
Wóz abo przewóz. Musiałem powalczyć póki była okazja…

Początek podjazdu to lekkie oszczędzanie. Nie windowałem tempa w grupie. Na 500 metrów do szczytu poszedł pierwszy atak jednego z kolarzy z naszej grupy.
Postanowiłem chwilę poczekać i ostatecznie chwile później zrobiłem to samo. Przed szczytem byłem tuż za nim, ze sporą przewagą około 100 metrów za resztą.
Zaczął się najszybszy i najdłuższy zjazd wyścigu (pokonywany dwa razy).
Wsadziłem w korby ile się dało rozpędzając rower i złożyłem się „na ramie” przyjmując maksymalnie aerodynamiczną pozycję.

W dół leciałem full gaz! Lubię i potrafię szybko zjeżdżać.
Już przed połową zjazdu wyprzedziłem chłopaka który skoczył przede mną.
Widać hamował na łukach, których kilka było. Ja wiedziałem że trzeba się dobrze złożyć i przelecieć bez dotykania klamek.
Prędkość maksymalna 88 km/h.

Zjazd kończył się bardzo ostrym skrętem w lewo. Mocne hamowanie opóźnione do granic i już stałem w korbach rozpędzając rower na najbliższe 3 kilometry płaskiego terenu.

Obejrzałem się za siebie. Miałem dużą przewagę! Położyłem ręce na kierownicy, pochyliłem głowę i wrzuciłem piąty bieg. Była moc!

Wiedziałem tez że podjazd na „Telegraf” muszę zacząć z przewagą.
1,6 km o średnim nachyleniu 9%. To nie górka dla mnie.

Droga skręciła ostro w lewo i od razu zrobiło się stromo. Jechałem „swoje” i obserwowałem pogoń. Zgodnie z moimi założeniami, grupka zaczęłam mnie doganiać.
Mniej więcej w połowie byli już ze mną. Spokojnie kontrolując sytuację zbliżyliśmy się do szczytu.
Tu zaczynała się sekwencja kilku małych zjazdów i krótkich podjazdów. Takie „siodła” góra-dół.

Na górze cała grupa lekko puściła korby. Często tak się dzieje. Jest to naturalny odruch na duże zmęczenie po podjeździe.

Ja już miałem plan i spokojnie, ale zdecydowanie podkręciłem.
Po chwili zauważyłem że mam kilkanaście metrów przewagi i poszedłem all out! Każde siodełko atakowałem mocno stojąc w korbach i z sekundy na sekundę budowałem przewagę. Grupa na chwilę odpuściła i moja akcja nabierała szans.


Na ostatni zjazd wpadam z solidną zaliczką czasową.
Dokręcam w korbach ile sił i ponownie składam się na ramie pędząc w dół. Jest kilka zakrętów. W głowie brzmi głos Adriana z objazdu trasy. „Tu nie trzeba hamować”.
Adrian miał rację. Wystarczyło solidnie się złożyć i sekwencja prawo/lewo poszła na pełnej prędkości. Niżej jeszcze jeden zakręt w lewo. Wygląda na ostry, ale pamiętałem że nie jest długi. Składam się mocno i celuje w wierzchołek łuku. Emonda jedzie dokładnie tak jak chcę. To doskonały rower na zjazdy. Daje pewność!

Około 3 km płaskie.

Solidnie naciskam w korby. Doganiam „spady” z gonionej wcześniej grupy. Wyprzedzam kilku kolarzy. Żaden nie wskakuje „na koło”.

Ostatni…

Ostry skręt w prawo i natychmiast prędkość spada do 10 km/h. Tak już w zasadzie zostanie do końca wyścigu.
1,3 km o średnim nachyleniu 9.8% Niestety jest to przekłamana średnia, bo w środku jest kawałek mniej stromy. Natomiast ostatnie 500 metrów do ścianki przekraczające 15% nachylenia.

Tu już trudno o kalkulację. Jadę dysząc ciężko. Nogi bolą już tak bardzo, że mam ochotę zejść z roweru i rzucić go z krzykiem w krzaki!
Płuca płoną, a odgłosy świata docierają jak by z drugiego pokoju.

Ciężko to opisać. Zmęczenie na takim poziomie że ślina cieknie niekontrolowaną strużką po brodzie. Droga staje się wąska niczym szyna kolejowa, a jedyna myśl jaka pozostaje to „nie przestawaj kręcić”. Odruchowo próbuję zrzucić na lżejszy bieg, ale nie ma już lżejszego biegu…

Zbliżam się do lasu gdzie robi się bardzo stromo. Jakimś cudem widzę napis na asfalcie „z blatu”. Nawet bym się zaśmiał, ale deficyt tlenowy nie pozwala nawet na przełknięcie śliny… Nie przestawaj oddychać!!!

tata… Tata… TAta… TATA!!! Coraz głośnie to słyszę!

Mój synek Wojtuś biegnie obok mnie i z całych sił krzyczy dopingując!!!
Co za niesamowite uczucie!
Nie da się tego opisać!


Staram się jeszcze przyśpieszyć, ale nie ma już na to sił. Dogania mnie jeden z zawodników od których odskoczyłem. Nie pracował wcale i teraz ma zapas. Próbuję się z nim zrównać, ale ostatecznie wyprzeda mnie o długość roweru!

Zatrzymuje się tuż za metą. Padam, na kierownicę. W głowie szumi. Połykam kolejne litry powietrza do płuc, próbując wyrównać zaciągnięty przed chwilą dług. Jakaś dziewczyna wkłada mi RedBull’a do ręki. Rozglądam się. Jest tu już spora grupa kolarzy. Udało się!! Meta!!!

Trzeci…

To już trzeci raz pokonuję tą ściankę na Klasyku. Na pewno nie ostatni.

Po chwili zaczynają przyjeżdżać a metę kolejni zawodnicy. Są znajomi z z innych drużyn oraz „swoi” z MyBike.
Grupujemy się z boku. Rozmawiamy. Jesteśmy szczęśliwi. Jest niesamowicie! Energia, endorfiny radość.

Moja żona jeszcze na trasie. To jej debiut na wyścigu szosowym. Jestem dumny!
Ostatecznie Grażka dojeżdża bez przygód. Jest szczęśliwa 🙂


Takie chwile dają kopa. To silniejsze niż narkotyki.
To wszystko pozwala nam- kolarzom amatorom- na ponadludzki wysiłek treningowy, na setki godzin reżimu wplecionego w życie codzienne. Pozwala nam odmawiać sobie wielu przyjemności, by przez te krótkie chwile unieść się ponad poziom ziemski.
To jest prawdziwa pasja i prawdziwe życie którego nie można kupić!!!

Były awarie. Maciek Jarmosz już na pierwszym podjeździe ma defekt.
W połowie wyścigu mijam Piotrka Cudnego z łańcuchem w ręku.
Na pewno wykręcili by świetne wyniki, ale tak to już czasem bywa…
Chłopaki po krótkich postojach naprawiają defekty i ostatecznie kończą wyścig- choć poniżej oczekiwań.

Najwyżej z drużyny melduje się Mateusz Wyszyński zajmując 67 miejsce. Brawo!


Klasyfikacja drużynowa:

  1. Mateusz Wyszyński – czas 01:50:25.550
  2. Maciej Puź – czas 01:55:19.045
  3. Piotr Cudny – czas 01:56:37.942
  4. Tomasz Skrzyniarz – czas 01:57:04.842
  5. Paweł Nowakowski – czas 01:58:13.990
  6. Artur Zieliński – czas 01:58:32.990
  7. Adrian Flur – czas 01:59:54.837
  8. Jacek Staromłyński – czas 02:00:47.182
  9. Michał Szaliński – czas 02:00:54.965
  10. Maciej Jarmosz – czas 02:01:12.484
  11. Michał Krystosiak – czas 02:08:41.015

Gratulacje dla organizatorów.

Robicie świetne ściganie. Trasa malownicza, wymagająca, wzorowo zabezpieczona! Dziękuje w imieniu swoim i drużyny. Będziemy u Was za rok!

Wracamy z gór zadowoleni i w dobrej dyspozycji.
Myślę że jeśli nie byłeś jeszcze na klasyku, w 2020 roku zaplanujesz majówkę we właściwy sposób 😉
Tu po prostu trzeba być!!!

Pozdrower!

Maciek Puź

clone tag: 1707973931965436153
Na razie nie ma komentarzy

Podobało Ci się? Masz uwagi? Napisz

%d bloggers like this: