fbpx

Tak mogę określić start w Kowiesach w ramach Szosomanni.

U mnie sezon dopiero nabrał tempa, choć u niektórych powoli się już kończy i zaczyna się małe rozprężenie. Dla naszego teamu start ten był poligonem, gdzie chcieliśmy realizować założone cele.

Na starcie pojawiliśmy się w pięcioosobowym składzie tj., Adrian, Maciek, Mateusz, Damian i Michał. Każdy miał swoje zadanie uzależnione od formy i indywidualnych predyspozycji. Plan był taki, że Damian miał zabrać się do ucieczki, jeżeli takowa będzie, a Maciek, Mateusz i Michał – tak 3xM 😉 mieli pracować po zmianach, bym mógł zachować jak najwięcej sił na ewentualny finisz z grupy.

Wiadomo, że często wyścig pisze swoje scenariusze i nie wszystko można przewidzieć, nie mniej nastawienie było bardzo pozytywne i duża motywacja… Po kilkunastominutowej rozgrzewce stanęliśmy na kresce. Od początku wysunęliśmy się na początek peletonu skąd kontrolowaliśmy bieg wydarzeń. Wedle oczekiwań po paru kilometrach skoczyła pierwsza ucieczka do której załapał się Damian. Z racji tego, iż nasza drużyna kontrolowała peleton, to pozwoliliśmy na jej odjazd, jednakże zachowywaliśmy dystans ok 1 minuty, tak aby móc ją w dość bezpiecznym czasie skasować. Spokojnie obserwowaliśmy co się w niej dzieje i czy nasz zawodnik daje radę.
Trasa liczyła niecałe 60km i jechaliśmy 4 okrążenia. Na drugim i trzecim kółku były premie lotne na szczycie krótkiego podjazdu, który był zarazem metą. Tam Damian miał walczyć o punkty, co starał się robić. Widząc, że ucieczka jest jednak dość liczna, postanowiliśmy ją skasować. Do mocnej pracy wzięli się Maciek z Mateuszem, co poskutkowało porwaniem się głównej grupy, w której pozostał Michał. Ja według założeń, trzymałem się w tunelu swoich pomocników, którzy na mnie jechali. W końcu skasowaliśmy ucieczkę, więc chłopaki mogli odpocząć i pozwolić innym zawodnikom pokazać się z przodu peletonu.


Po chwili zawiązała się kolejna ucieczka, do której znów skoczył Damian. Tym razem mniejsza. Pozostała jeszcze jedna premia lotna. Znów kontrolując odjazd patrzyliśmy na rozwój wydarzeń.

Widząc, że jest w niej paru mocniejszych kolarzy na tego typu podjeździe, który nie jest idealnym pod Damiana i nasz zawodnik lekko na nim odstawał. Musiał później gonić, zatem zdecydowaliśmy się na finalne skasowanie ucieczki i finisz z grupy.

Kasowanie ucieczki zajęło ok 7-8km, a było to już na ostatnim okrążeniu, więc nie było czasu na kalkulacje. Maciek wraz z Mateuszem zaczęli gonitwę na 120%. W pewnym momencie jadąc za Matim, zastanawiałem się ile jeszcze jest on w stanie jechać w tak szaleńczym tempie… ~50km/h… Na ok 40m przed ucieczką Mateusza już odcięło po piekielnie mocnej pracy, a Maciek musiał odpocząć, więc ostatni spaw musiałem wziąć na siebie, aby pogoń nie poszła na marne… Tu również świetną pracę wykonał Damian, który spowalniał ucieczkę wiedząc, że nie będzie w stanie wygrać finishu. W końcu dojechaliśmy i wiadome było, że do mety, już nikt nie odjedzie. Zatem do pomocy pozostał mi Maciek i wchłonięty z ucieczki Damian. Można powiedzieć… wszystko według planu! Do ostaniej prostej, która była pod duży wiatr prowadził Maćko, a Damian miał mi dać koło na finalnym podjeździe do wcześniej ustalonego punktu. Tak też pojechaliśmy… Maciek do odcinki poprowadził grupę do podjazdu, a potem wszystko było już w nogach Damiana, a ostatecznie w moich…

Świetne rozprowadzenie na chopce, nieszarpane, jednakże mocne (ponad 500W) idealnie przygotowało mi moment do ataku. Zaplanowałem długi finisz, ok 150-200m, który był lekko pod górę. Wiedziałem, że noga jest bardzo mocna do tego typu zagrań. Przed startem chodziły głosy, że nikt mocny nie przyjechał, zatem tu też był nasz element zaskoczenia… Poprosiłem Damiana by na ostatnich metrach jeszcze troszkę pociągnął, usiadłem na siodełko, dwa obroty korby i…OGIEŃ!

Wyskoczyłem zza pleców kolegi bardzo mocno depcząc w korby. Po parunastu metrach, patrząc kątem oka wiedziałem, że byłem za mocny dla rywali, a przewaga jest na tyle duża, iż nikt już nie odbierze zwycięstwa na kresce!

Świetna praca całego MyBike Road Team przełożyła się na końcowy sukces. Bez tej pracy nie byłbym w stanie zaoszczędzić tyle energii. Tak naprawdę 90% wyścigu przejechałem w tlenie, gdzie np. Maciek, czy Mateusz wypruli się bardzo mocno.

Wiadomo, że są mocniejsi od nas kolarze. Są wyścigi których nie jesteśmy w stanie kontrolować i momentami walczy się o życie, jednakże to właśnie te małe kroczki pozwalają na zgranie drużyny, oswajanie się ze wspólną jazdą i taktyką, a w przyszłości pozwolą zrobić ten duży krok.

Był to nasz pierwszy wspólny sukces, za który serdecznie chciałbym podziękować całej drużynie MyBike.  Świętna jazda i kontrola wyścigu.

 

Za zdjęcia dziękujemy organizatorom cyklu- Żyrardowskiemu Towarzystwu Cyklistów

Na razie nie ma komentarzy

Podobało Ci się? Masz uwagi? Napisz

%d bloggers like this: