fbpx

Każdy amator kolarstwa szosowego doskonale wie, jak ważnym elementem na pewnym poziomie sportowym zaczynają być koła. A jeśli jeszcze nie wiesz – to nie ma się co martwić, bo w takim razie nadal przed Tobą jest to wspaniałe doświadczenie pierwszych kilometrów pokonanych na lekkich, karbonowych obręczach oplecionych dobrej jakości oponą.

Na dwa tygodnie przed Nowy Targ Road Challenge mój udział w tym wyścigu utknął w przykrytej wodą, głębokiej d…ziurze przed przejazdem kolejowym w podwarszawskim Okrzeszynie, w którą to koncertowo władowałem się z całym impetem łamiąc tylną obręcz moich ulubionych FFWD.

Z pomocą przyszedł oczywiście MyBike.pl wypożyczając testowe koła Bontrager Aeolus XXX 2.  

Cóż to za wynalazek? Są to karbonowe obręcze w wersji pod szytkę o niskim 28mm profilu, na piastach DT Swiss. Przy wadze zaledwie 505g przód i 645g tył ich specjalizacja jest oczywista: te koła powstały po to, by zmniejszać czas nabywania przez zestaw rower+kolarz energii potencjalnej, czyli po prostu poprawiać prędkość pokonywania podjazdów.

Pierwszym poważnym ich sprawdzianem miał być 11-kilometrowy etap jazdy indywidualnej na czas, który otwierał 5 km podjazd na przełęcz Knurowską, a meta znajdowała się w Studzionkach, do których prowadzi 1,7 km wąskiej, nierównej drogi o średnim nachyleniu 14% sięgającym 20% na środkowych 450 metrach. Razem ze mną MyBike Road Team reprezentowali Maciek Jarmosz, Michał Krystosiak, Paweł Nowakowski, Damian Pazikowski i Michał Szaliński. O piękne zdjęcia naszej ekipy z całej imprezy zadbała Natalia Pazikowska oraz organizator wyścigu z pomocą licznych fotografów.

Fot: Organizator NTch

Strategia na czasówkę była prosta – najpierw na maksa, a potem w trupa. Porządna rozgrzewka, żeby nie spalić się na początku, wspólne zdjęcie i zabawę zaczyna Michał Szaliński.

To co zapamiętam najdłużej jest 1sza w życiu „czasówka”. 11km, 500m w górę – nie wydają się jakoś mocno imponujące, Niemniej wyścig z sobą, jest jednym z najtrudniejszych.
Jak jechać? Z założonym planem czy gaz od startu ile mocy w nogach (przecież to tylko 30 min)?
Jaką założyć kasetę, może przerzutkę z długim wózkiem? Dokręcać na zjeździe, czy oszczędzać nogę? Gonić wcześniejszego zawodnika, czy może jechać swoje, dać się złapać?
Na wszystkie te pytania nie było jedynej, najlepszej odpowiedzi.”

Pierwsze 2,5 kilometra to komfortowa i wręcz radosna jazda. Tutaj jeszcze wszyscy pełni świeżości chętnie uśmiechaliśmy się do obiektywów. Jakże obce będzie nam to uczucie przez kolejne dni… Tymczasem Bontragery po cichu robiły swoje. Niska waga jest odczuwalna od samego początku, jednak co jest zaskakujące to ich sztywność. Obręcze nie pracują na boki, nie zahaczają o okładziny więc cała włożona energia przechodzi wprost na oponę. Będzie mi to dane porządnie odczuć już za kilka minut. Na razie docieram na Przełęcz Knurowską, z której w kierunku Ochotnicy Górnej prowadzi dość łagodny zjazd z dwoma ostrymi zakrętami na początku.

Fot: Natalia Pazikowska

To kolejny sprawdzian dla kół. Ostrzegano mnie przed rzekomo słabą siłą hamowania. Producent natomiast chwali się, że sporo zainwestował w laserową technologię aby dopracować powierzchnię hamującą. Zainteresowanych wynikami testów odsyłam TU: http://trek.scene7.com/is/content/TrekBicycleProducts/BT18_LAUNCH_Aeolus_XXX_Whitepaper.pdf

W tym przypadku sporo zależy od przeszłych doświadczeń użytkownika. W moim odczuciu Aeolus XXX 2 są pod tym względem porównywalne z produktami konkurencji. Odpowiednia modulacja, wyczucie przy używaniu dźwigni – i da się zahamować, a nie tylko zwalniać. Jedynym słabym ogniwem układu może być przyczepność opony. Jechałem na szytkach Bontrager R4 o klasycznej szerokości 23 mm. Oczywiste, że bardziej komfortowo można się czuć na 25mm, jednak w długich i szybkich zakrętach jak te na czasówce węższa guma również zdała egzamin. Całe szczęście, że wisząca w powietrzu ulewa została w porę wyproszona przez organizatora 😊

Niski profil obręczy Aeolus 2 XXX raczej nie da przewagi na zjeździe, jednak zjeżdżając do Ochotnicy i tak dokręcanie było konieczne. Bontrager nie poszedł tu na kompromis – korzyści aerodynamicznych należy raczej szukać w obręczach o wyższym profilu.

Aby dostać się na podjazd do Studzionek trzeba jeszcze pokonać przysypany piaskiem skręt w prawo na mostek i od razu w lewo ostro pod prawie 20% ściankę powitalną. Dynamika tego początku zachęca wszystkich do stanięcia w korby i ruszenia na podbój tej sztajfy z wielkim animuszem. Wszystko na nic. Za chwilę świat wokół zwolni, powietrze zastygnie w bezruchu, zapadnie cisza, niektórym aktywuje się autopauza w liczniku…

Michał:

Wszystko przyćmił finałowy wjazd na Studzianki, Chyba najtrudniejszy jaki kiedykolwiek jechałem (przy nim Bachledówka, Pitoniówka, czy nawet Karkonoska wydają się jakieś prostsze).

Do mety tylko 1700 metrów. Na szczęście są te 12% wypłaszczenia, na których można złapać oddech przed kolejną ścianą. Cóż, nawet najlżejsze koła same nie pojadą, ale kiedy już zbierzesz się w sobie by jednak przyspieszyć, Aeolusy będą po twojej stronie. To bezcenne kiedy już się widzi w oddali miasteczko wyścigowe na mecie, mając tę motywującą świadomość, że czekają tam arbuzy, kawa i drożdżówki. Po prostu możesz rzucić się na nie szybciej 😉

Fot: Organizator NTch

Spośród wszystkich miast świata podobno najlepszą jakość życia oferuje Canberra w Australii. Nie wiem, nie byłem, ale autor rankingu też raczej nie był w miasteczkach wyścigowych Nowy Targ Road Challenge. Leżaki, piękne widoki, izo, woda, kawa, ciastka, coś dla głodnych i coś dla spragnionych. Do tego ponad 170 osób współdzielących wrażenia z gehenny czasówki.

I wreszcie upragniona meta, kolarze, uśmiechy, leżaki, słońce, napoje mniej i bardziej izotoniczne…
Po przejściu przez czyściec trafiłem do kolarskiego raju!

Damian „czyli Góral z mybike’’, tak podsumowuje swój start:

Pierwszy etap, to ten na którym zanotowałem najlepszy wynik w klasyfikacji generalnej. Mimo, że nigdy nie próbowałem czasówki i nie wiedziałem jak zareaguje organizm, podjazd studzionki to niewątpliwie był mój atut. Bardzo dobrze czuję się na 20-30 procentowych ścianach i rzeczywiście tak było. Mimo wszystko etap, który na papierze wydaje się krótki i lekki, ponieważ to tylko ponad 30 minut ścigania, wycieńczył organizm do tego stopnia, że byłem bliski stracenia przytomności na mecie. Wiedziałem, że dałem z siebie wszystko.

Fot: Organizator NTch

Drugi etap o długości 102 km i 1200 m przewyższenia poprowadzony był po zachodniej stronie Nowego Targu. Podjazdy może i wyglądały na niezbyt wymagające, ale skala trudności zależy przecież od tempa. Z kolei na szybkich, wąskich i krętych zjazdach za premią górską w Pyzówce (czy ktoś jest w stanie wyjaśnić jak powstała nazwa segmentu „zjazd kowale bo w pedała wale?”) ujawnił się trzeci wielki atut XXXów – obręcz jest bardzo zwrotna, reakcja na ruch kierownicą czy zmianę balansu jest taka, jakiej się oczekuje – szybka i precyzyjna, ale też płynna i stabilna, zwłaszcza gdy do pokonania jest zakręt o większym kącie lub szykana.

To buduje zaufanie do tego sprzętu, a w relacji kolarz – koło jest ono bardzo cenne. Zwłaszcza jeśli pędzisz 60-80 km/h na czymś o wadze porównywalnej do średniej pizzy na cienkim cieście.  

Fot: NTch

Upał potężnie dawał się we znaki, a przedłużone oczekiwanie na start już wcześniej opróżniło nasze bidony. Bufet przed premią górską działał na pełnych obrotach kusząc za każdym razem wodą, izotonikami, colą, jedzeniem. Taktyki zawodników były różne – niektórzy zwalniali i korzystali, inni odwrotnie – przyspieszali aby nadrobić kilka metrów, dospawać do grupy albo się od niej oderwać. Raz skorzystałem z drugiego rozwiązania, co okazało się fatalne w skutkach, bo w moim przypadku jazda na wysokiej intensywności z pustym bidonem kończy się odwodnieniem i skurczami, a wtedy pozostaje tzw. przesiadka (opuszczasz pociąg i czekasz na kolejny…).

Po wyścigu ponownie czeka na nas pełne rege-menu w miasteczku wyścigowym, w tym dla chętnych kriokomora i masaż (w moim przypadku z rege nie miał nic wspólnego)

(fot. Wiktor Bubniak / NTRCh)

Trzeci etap z największym dystansem i przewyższeniem, po wspaniałej pętli spiskiej miał być decydujący. Tutaj „górale” mieli porozbijać konkurencję i siebie nawzajem drogą licytacji: kto da więcej wattów na kilogram masy ciała i roweru.

Paweł:

Z jednej strony nieźle przejechana czasówka i dobra dyspozycja w początkowych 2 godzinach II etapu nastrajały pozytywnie. Jednak skurcze wyłączyły mnie z rywalizacji na 75km w poprzednim dniu i dały mocno do myślenia – czy tym razem uda mi się wytrzymać cały etap? Problemy żołądkowe sprawiły, że jeszcze 15 min przed startem mój dalszy udział w imprezie był zagrożony. Finalnie plan był taki, żeby przejechać etap bezpiecznie i bez szaleństw.

(fot. Natalia Pazikowska)

Moim jedynym atutem tego dnia były głównie leciutkie Bontragery 😊 Rzeź na poprzednim etapie plus słaba taktyka na rege i rano już wiadomo było, że szykuje się jazda w tempie konwersacyjnym w grupetto. Patrzmy pozytywnie: nowe znajomości, ciekawe dyskusje, może nawet jakieś zdjęcia i człowiek zrelaksowany wreszcie będzie mógł wrócić do biura.

Fot: NTch

OK, to nie do końca tak. Mimo bólu i zmęczenia każdy z nas dał z siebie wszystko. Nie po to tu przyjechaliśmy, żeby wracać wypoczęci.

Paweł:

Pierwsze kilkanaście kilometrów jazdy w grupie pokazało, że czuje się naprawdę nieźle, noga dobrze się kreci. Podbudowany sytuacja na pierwszy podjazd ruszam pełny optymizmu i bardzo szybko zapominam o początkowych założeniach. 10 minutowy podjazd przejeżdżam ze średnią mocą ok. 305W, co na tak słabe samopoczucie jest niezłym wynikiem. Grupa jedzie mocno, na kolejnych podjazdach lekko tracę, ale doganiam na zjazdach.  Chwile później kolejna weryfikacja planów, tym razem już niezależna ode mnie – najeżdżam na niewielki kamień i rozcinam oponę. 

Defekty sprzętowe okazały się na tym etapie w naszym teamie zaraźliwe. Ja na początku ścianki do Kacwina zrzuciłem łańcuch. Zanim ruszyłem pod górę grupa odjechała, dzięki czemu etap dla mnie przerodził się w indywidualną czasówkę na ostatnich 30 km. Problem sprzętowy zaliczył też Maciek Jarmosz, ale też dzielnie ukończył wyścig. Paweł miał trochę więcej szczęścia i został obsłużony na poziomie Pro Touru:

Po chwili nadjechał samochód techniczny, zmiana kola trwa 30 sekund, więc jadę dalej, na razie solo, a potem w grupie z chłopakami z zespołu. Ogromy ukłon do organizatora. Oprócz perfekcyjnej organizacji calości wyścigu, pomoc techniczna na trasie byla po prostu nieoceniona. 

Na wyścigu trudno być pewnym czegokolwiek. Sprzęt zwykle nie zdradza wrogich zamiarów, by po chwili zmarnować cały nasz wysiłek. Nogi czasem podpuszczają do mocniejszej jazdy, spróbowania ucieczki, rozpędzenia grupy, a wtedy…

Paweł:

Po zejściu ze zmiany nagle łapią mnie mocne skurcze. Kontynuuję jazdę, ale grupa odjeżdża i ostatnie 6 km to już walka utrzymanie sensownego tempa. Kreskę przecinam ekstremalnie zmęczony, ale też szczęśliwy.Dzisiaj 88 miejsce, ale co najważniejsze – ukończona pierwsza etapówka w życiu.

Fot: Organizator NTch

Po wyścigu wszyscy wspólnie stwierdzamy, że nawet jeśli nie wszystko poszło zgodnie z planem i własnymi ambicjami,  to na pewno było warto powiedzieć sobie „challenge accepted!”.

Damian: Wynik mimo wszystko nie spełnił oczekiwań, ale za rok wrócę silniejszy!

fot. Natalia Pazikowska

Niemal tak samo powszechne jak w pełni zasłużone pochwały dla organizatorów były opinie o bardzo wysokim poziomie sportowym imprezy. Ale co to tak naprawdę znaczy?

  • Żeby jechać z czołówką na 3 godzinnym etapie potrzebny był VAM 1300 na 8-10 minutowych podjazdach
  • Zwycięzca czasówki pokonał Knurowską i Studzionki z VAM odpowiednio ponad 1400 (11 min 20 s) i 1600 (prawie 9 min). Moje prędkości pionowe były o ok. 15% niższe, a dało to miejsce w czwartym decylu startujących.
  • Przybliżony rozkład VAM zawodników (na podstawie tylko Knurowskiej) pokazuje dominację zwycięzcy oraz bardzo dużą grupę zawodników o podobnych, bardzo wysokich wartościach
  • Moc w stosunku do masy ciała? Bez utrzymania „piątki z przodu” na kluczowych podjazdach (zwykle 5-8 minut) nie ma czego szukać, już nawet nie tylko w czołówce.

Bontragery Aeolus XXXy bezpiecznie przeprowadziły mnie przez wszystkie etapy, czyniąc piekielnie ciężkie podjazdy choć odrobinę łatwiejszymi, tuszując nieco słabości i braki w formie, a także dając pewność na technicznych zjazdach. Obręcze można zatem szczerze polecić zarówno tym, dla których liczą się „marginal gains”, walczących o kolejny ułamek VAM czy W/kg, jak również tym, którzy chcą poczuć co to znaczy „ultralekkie koła”. 

fot. Natalia Pazikowska

Piotr Cudny

Na razie nie ma komentarzy

Podobało Ci się? Masz uwagi? Napisz

%d bloggers like this: