fbpx

Pewnej jakże ciepłej i słonecznej niedzieli…

…miałam przyjemność przejechać się szosą Emonda SLR 7 Di2. Było to 2,5 h przeogromnej radości zakończonej jeszcze większym żalem, że był to najprawdopodobniej ostatni raz.

Moim zamiłowaniem jest MTB. Rrower szosowy służy mi do treningów tlenowych oraz trenażera zimową porą czy podczas paskudnej pogody. W związku z tym moja obecnie posiadana szosa  nie jest maszyną wysokich lotów (aluminiowy Giant na kołach “niskobudżetowych”, z napędem SORA o wadze ok 9,5 kg).

Nie zaznawszy wcześniej nic innego niż to co opisałam powyżej, było mi dane wsiąść na rzeczoną Emonde SLR 7.

Zaraz po otwarciu wrót niebios ukazały się łąki umajone a dookoła biegały sarenki i inne Emondy…. mogłam w końcu poczuć pod nogą wszystko, o czym słyszałam do tej pory od męża i niektórych uzależnionych szosowo Panów z MyBike Road Team tj.: sztywność poprzez “o żesz k…a ale to jedzie!” po niezwykłą precyzję zmiany biegów, sprawne hamowanie, brak bólu kręgosłupa, wybieranie drgań etc.

Szanowny małżonku, Panowie oficjalnie przyznaję –  to wszystko ma sens !

Rama Emondy SLR  wykonana została z włókna węglowego ( jak mi przekazano o splocie wyższej jakości niż ramy serii SL). Dzięki temu w końcu mogłam przekonać się jak dużo nierówności niweluje/pochłania carbon.
Dodatkowym atutem jest kształt kierownicy – miałam wrażenie, że oprócz zapewnienia wygody i pewności chwytu pełni też funkcję ortopedyczną. Jak wiele osób, ja również nie mam symetrycznej długości rąk i nóg co powoduje, że muszę nagminnie poprawiać pozycję na rowerze. W przeciwnym razie przejażdżka kończy się bólem kręgosłupa i innych elementów ciała. Tutaj nie musiałam się o to martwić, ponieważ każda próba bezwiednej zmiany pozycji na niewłaściwą było skutecznie korygowane poprzez ograniczone możliwości ułożenia się na maszynie (pozycja jest niezwykle wygodna – jakby projektant znał mnie osobiście i myślał o mojej posturze projektując tą ramę).


Zaznaczam, że przejażdżka zahaczała także o ok 100 metrowy odcinek “kocich łbów” co było nie lada rozrywką zamiast próbą przetrwania – ręce były przyklejone do kierownicy ale nie zaciśnięte dzięki czemu nie przyjmowały na siebie obciążenia, pewnie kierowały rowerem i nie bolały. Dodatkowo zniwelowanie nierówności podłoża przez carbon nie obciążyło stawów w rękach i zwiększyło frajdę z jazdy.

Uśmiech…

Uśmiech w trakcie robił się coraz szerszy dzięki informacjom od męża, który jednocześnie testował Treck Domane SLR 6, na temat prędkości z jaką jechaliśmy. Zagubiłam kompletnie poczucie prędkości tzn. moje odczucia vs. faktyczna prędkość rozjeżdżały się o ok 10 km/h.

Przykład:  jechałam jako pierwsza, wiał boczny lekko przeszkadzający wiatr. Maciek stwierdził w pewnym momencie, że jedziemy 37km/h – moje odczucie było w granicach 26 km/h. Nie wiem jaka była maksymalna ani średnia prędkość ale 40 km/h także nie czułam….

Na koniec to co zrobiło na mnie największe wrażenie:

  • Elektroniczna zmiana biegów.

W końcu brak przepychania ciężko chodzących manetek i wykrzywiania palców. Krótkie muśnięcie palcem niezwykle zgrabnych i małych manetek wprost przekładało się na zmianę biegu. Wszystko odbywa się bez dyskusji ze strony roweru w postaci opóźnienia zmiany, chrobotania i przeskakiwania biegów. POEZJA!

  • Hamulce tarczowe.

Tutaj przydało się doświadczenie z MTB odnośnie korzystania z hamulców tarczowych .Rower reaguje natychmiast i to jest super.

Trzeba pamiętać jednak, że zaciśnięcie hamulca może przełożyć się na brak zębów czy inne uszczerbki fizyczne. Miałabym obawy na tych hamulcach na mokrej nawierzchni – potrafię wpaść w panikę dlatego mimo pochwały dla tarczówek dla mnie jednak bardziej bezpieczne w szosie są spowalniacze.

  • Wisienka na torcie: to co weszło w korbę przełożyło się wprost na maszynę.

Fakt, że moja praca, moje naciśnięcie w korbę, wprost przekładało się na prędkość i przede wszystkim na to jak rower ruszał z miejsca. To powodowało uśmiech przez całą jazdę.


Konkludując.

Uwielbiam wino i jestem uzależniona od lodów truskawkowych, ale żadne z nich nie wywołało u mnie nigdy tyle radości co jazda na tej Emondzie.
Podjazdy (zaznaczam ,że  mazowieckie) nie miały żadnego znaczenia – moja noga nie czuła że jest jakieś wzniesienie. Na zjazdach rower był bardzo stabilny. Na zaskakujących ostrzejszych zakrętach rower reagował natychmiast i bez nerwowego szarpnięcia czy uślizgu koła. Mój kręgosłup płakał wraz ze mną, że nie będzie już takiej przyjemnej jazdy więcej.

Gdyby było mi dane 27 tys PLN albo jeszcze jedna możliwość przejażdżki to zdecydowanie ten rower zabrałabym w góry. Tam MacMacq mógłby ułożyć jaką trasę chce i tym razem nie byłoby to tylko coffee ride z żoną 🙂

 

Na razie nie ma komentarzy

Podobało Ci się? Masz uwagi? Napisz

%d bloggers like this: