Zbliżał się maraton Poland Bike w Konstancinie-Jeziornie. Prognoza pogody na niedzielę nie zachęcała do jazdy MTB. Ale cóż – jak się chce coś zrobić to się to robi, a jak się chce znaleźć wymówkę to się ją znajduje.

Tekst: Łukasz Momot
Zdjęcia: Zbigniew Świderski, Poland Bike

Pojechałem. Na przygotowania do startu w Poland Bike w Konstancinie przyjąłem taktykę inną niż dotychczas. Przede wszystkim sporo snu. Na noc z soboty na niedzielę udało się nawet wyeksportować dzieci do babci.
W niedzielę rześki jak skowronek wyjechałem do podwarszawskiego uzdrowiska. Już wiedziałem, że będzie kąpiel błotna.
Ustawiłem się w sektorze myśląc, że przez ten deszcz i powstałe błoto nie będzie wyniku. Doświadczenie podpowiadało mi, że czołówka w takich warunkach nie zważa na aurę tylko ciągnie w swoim stylu, a sektory pozostałe jakoś tak tracą na mocy w nogach kontemplując każdy śliski pagórek, zakręt, chodnik, korzeń…
Poland Bike w Konstancinie-Jeziornie - jeszcze na asfalcie

Wystartowałem ze środka sektora. Ruszyliśmy dość spokojnie bo zaraz za startem czekało zwężenie i skręt w prawo. Poszło wyjątkowo gładko. Teraz zabawa w berka po uliczkach. Zakręt i „dzida do przodu”, potem zakręt i „dzida do przodu” i znów zakręt i „dzida do przodu”. Opuściliśmy asfalt. Całe szczęście było wciąż dość szeroko, dzięki czemu przez pierwsze kilometry stopniowo przesuwałem się do przodu szerokim łukiem omijając bufet. Postanowiłem odnaleźć jakiegoś partnera na doczepkę by jazda była efektywniejsza. Znalazłem. Po niespełna minucie jazdy za mną odbił na MINI 🙂 . Po chwili dogoniłem nieznaną mi szóstkę. Noga podaje, więc wskakuję na czoło. Szybko przejechaliśmy pierwszą dość prostą część pętli MAX zmieniając się co chwila na czele naszego pociągu. O dziwo, na podjeździe w Moczydłowie trzymamy się wciąż razem mijając rywali. Wpadamy do lasu na singiel. Wbrew moim oczekiwaniom nikt nie odpuszcza koła, nikt się nie przewraca. Jedziemy wszyscy razem jak sklejeni. Wzdłuż Wisły wciąż w tej samej grupie. Poczułem moc i po około 35 kilometrach zawołałem „lewa” i odjechałem. Przypadkowo udało mi się wykorzystać prostą tuż przed bardziej wymagającym odcinkiem. Zgubiłem ich. Po 5 kilometrach ucieczki dopadli mnie. A miałem ich ograć jak Majka na Vuelcie… Zmęczony wskakuję na koło co chwila przecierając okulary z błota tryskającego spod poprzedzającego mnie 29er’a. Nagle koleina – błoto – krzaki – gleba… Wstaję i gonię. Mam ich. Jedziemy, a ja znów w pozycji horyzontalnej. Tym razem w kapuście. Od nowa rzucam się w pościg bo to już tylko 10 km do końca zostało. Moja sześcioosobowa grupa podzieliła się już na trzy pary. Dwóch najsłabszych szybko wyprzedziłem i dopadłem trzeciego i czwartego. Wskoczyłem na przód i ciągnę. Pierwszej pary już nie dogoniliśmy. Dojechali minutę przed nami.

Poland Bike w Konstancinie-Jeziornie - pościg i ucieczka

Pościg i ucieczka – Łukasz na trasie

Konstancińska edycja zaskoczyła mnie bardzo pozytywnie. Trasa bardzo przyjemna, co prawda bez przewyższeń i zjazdów ale tego nie należy się spodziewać na Mazowszu. Fajne single. Brak „sztucznych” przeszkód w stylu niskiej, stromej, piaszczystej górki pod którą nie można wjechać, ani z niej zjechać to też niewątpliwy plus. Muszę też wspomnieć, że opłaciła się jazda na grubych oponach Continental X-King – spisały się świetnie na błocie czy na podmokłej łące miejscami przypominającej bagno.
Na mecie testuję nową funkcjonalność dostarczoną przez organizatora, sprawdzając czas i nowy sektor. Awans do drugiego sektora z rekordowym (moim) rezultatem!
Poland Bike w Konstancinie - Krysia wygrywa o długość roweru
Nasza drużyna spisała się na Poland Bike w Konstancinie rewelacyjnie. W kategorii K3 Krysia Żyżyńska-Galeńska zajęła pierwsze miejsce, co ciekawe przewaga „jednej długości roweru” nad drugą zawodniczką przełożyła się na sekundową różnicę w czasie. Krzysztof Mrożewski – I miejsce w M5, Mateusz Rybak – 4-te miejsce w M2. Ogólnie, spośród zawodników naszej drużyny wystartowało 14 osób, z czego dziewięcioro z nich na dystansie MAX.

Na przyszłość przy rozterce „jechać, nie jechać” pamiętajcie, że pogoda na wyścigu to faktycznie tylko chwilowy stan umysłu.

%d bloggers like this: