fbpx

 

Na piątkowy wyścig nasza drużyna szczególnie się nie mobilizowała, ostatecznie pojechaliśmy z Michałem Dąbrowskim tylko we dwóch.
.

Tym razem nie była to jazda w żaden sposób drużynowa – raczej korespondencyjna – każdy z nas wystartował w grupie swoich znajomych spoza MyBike Road Team.

Oczywiście szacunek dla drużyny został zachowany i obaj pojechaliśmy w klubowych barwach 🙂

Jako najprawdopodobniej najbardziej medialny wyścig szosowy dla amatorów w Polsce, Tour de Pologne Amatorów ciągnie za sobą zarówno pochwały jak i kontrowersje.

Tych drugich zdaje się być jednak znacznie więcej. Tak to już w obecnych czasach bywa, że krytyka – szczególnie ta internetowa – przychodzi nam dość łatwo, a o tych jaśniejszych stronach już nie zawsze chce nam się świat informować.

Za drogo, za krótko, za tłoczno – to tylko te najbardziej popularne zarzuty wobec TdP Amatorów. Lista jest znacznie dłuższa, ale tutaj nie będę jej rozwijał. Oczywiście ideałów nie ma i pojawią się również zastrzeżenia, ale o tym później.


Z mojego punktu widzenia kolarstwo jest super zabawą, wielką pasją i oczywiście polem rywalizacji sportowej.

Jest też aspekt krajoznawczy, który w połączeniu ze wspomnianą już rywalizacją, to dla mnie creme de la creme tej dyscypliny.

Zresztą chyba każdy z nas woli ścigać się w pięknych okolicznościach przyrody niż na drodze technicznej wzdłuż trasy ekspresowej? Tutaj oczywiście nie mam na myśli żadnego konkretnego cyklu lub wyścigu, ot takie luźne porównanie 😉

Poranne ładowanie baterii przed zawodami – taki widok dodaje mocy.

I właśnie te piękne okoliczności, podczas TdP Amatorów z powodzeniem każdy z nas odnajdzie. Położenie trasy na Pogórzu Bukowińskim to gwarancja niczym nie zmąconych widoków na Tatry. Oczywiście w ferworze walki nie ma za wiele czasu na oglądanie krajobrazów, ale coś tam zawsze do oka dotrze. Dla mnie sama świadomość przebywania w górach jest już wystarczająca.

Kolejnym, olbrzymim plusem jest też fakt, że wyścig odbywa się piątek rano.

Nie dość, że po obiedzie (smaczne spaghetti przygotowane dla zawodników) i szybkiej regeneracji, można od razu wyruszyć na trasę i obejrzeć zmagania zawodowców z Tour de Pologne, pokonujących niemalże tą samą co amatorzy pętlę – to pozostaje jeszcze cały weekend na górskie wycieczki i treningi

W tym roku szczególnie warty uwagi był finisz 7 etapu TdP, podczas którego Kwiato w strugach deszczu walczył o zwycięstwo w generalce do samej kreski.


Wracając do zawodów amatorów- trasa nie jest długa – około 58 km – ale ma już bardzo sensowne przewyższenie, sięgające 1200 m.

Może w porównaniu do niedawno odbywającego się, konkurencyjnego Tatra Road Race – dystans Hard o długości 54 km i przewyższeniu 1450 m – nie wygląda to szczególnie imponująco, ale możecie mi wierzyć, również daje ostro w kość!

Charakterystyka trasy TdP Amatorów, jest inna niż TRR. Nie mamy tutaj profilu o wyglądzie grzebienia, najeżonego ciągłymi podjazdami i zjazdami.

Przywita nas bardzo mocny początek, w postaci między innymi Ściany Harnaś w Rzepiskach, a dobije dosłownie mordercza końcówka, którą rozpoczyna słynna Ściana Bukovina w Gliczarowie.

Oczywiście podjazdów jest więcej, jak choćby ostatni przed metą, z Białki do Bukowiny, liczący blisko 4,5 km, o śr. nachyleniu 5%.

Tutaj już nie ma miejsca na kalkulacje, meta jest tuż tuż, trzeba dać 101%!

W środku trasy teren jest bardziej pagórkowaty niż górzysty, ale krótkie podjazdy w granicach 6-7% i tzw. rolling hills, przejechane ze średnią w okolicach 35 km/h (i to tylko w moim wykonaniu) naprawdę solidnie meczą. Tu na pewno nie odpoczniemy, jedzie się w kilkuosobowych grupkach, idzie pełny ogień w górę i dokręcanie w dół.


Trasa była bardzo dobrze oznaczona i zabezpieczona. W większości była wytyczona po dobrej jakości asfaltach, choć zdarzają się też gorsze fragmenty, o czym dość pechowo sam się przekonałem. Mimo tego, że wszelkie dziury były oznaczone jaskrawym sprayem, zjeżdżając na kole w niewielkiej grupce, nie miałem szansy zauważyć jednej z nich. Poczułem mocne uderzenie tylnym kołem, w tej samej chwili wypadł mi jeden z bidonów. Przy blisko 30 stopniowym upale nie była to najlepsza informacja. Na szczęście koło toczyło się dalej, do tego szybka decyzja o porzuceniu bidonu i kontynuowałem jazdę praktycznie bez żadnego przestoju.

Niestety nie obeszło się bez późniejszych komplikacji. Przez uszkodzoną obręcz miałem spore problemy z dohamowywaniem na zjazdach, a powietrze bardzo powoli, ale jednak sukcesywnie schodziło z dętki.

W gaszeniu pragnienia z pomocą przychodzili licznie ustawieni wzdłuż trasy kibice, chętnie podawali kubki lub butelki z wodą oraz bufet zlokalizowany na ok 40 km trasy, na szczycie Ściany Bukovina. Słyszałem głosy, że jest to za daleka lokalizacja, że jeszcze jeden punkt odżywczy powinien być zlokalizowany bliżej startu. Według mnie to trochę przesada. Oczywiście byłby to dodatkowy luksus, ale nawet przy 30 stopniach ciepła, można było ten dystans komfortowo przejechać na dwa bidony.

Z uszkodzonym kołem nie poszło mi już jednak tak łatwo, ale i tutaj udało się uzyskać szybką pomoc, tym razem od organizatora.

W tym roku, w związku z budową mostu w Gliczarowie Dolnym, fragment trasy został wytyczony po szutrze. Był to ok 1100 m odcinek, o zaskakująco dobrze przygotowanej nawierzchni, przejezdnej bez najmniejszych problemów. To właśnie kawałek przed tym fragmentem zorientowałem się, że z koła dość znacznie zeszło mi powietrze. Szczęśliwie na końcu szutru stał samochód neutralnej obsługi Mavic, który miał za zadanie pomoc przy ewentualnych defektach. Po szybkiej wymianie zdań, okazało się, że Panowie mają tylko koła z kasetami 11-25. Mimo bojowego nastawienia, nie zaryzykowałem takiego przełożenia, co na chwilę przed podjazdem pod Ścianę Bukovina, gdzie w środkowej części jest ok 100 metrowy odcinek o nachyleniu grubo ponad 20%, a najbardziej strome 650 metrów ma średnio 14%, było chyba dobrym wyborem

Skończyło się na dopompowaniu koła na 9 barów – to wystarczyło na dotarcie do mety.

Neutralna obsługa MAVIC – moi wybawcy 😉

 Na mecie jak zawsze – radość z ukończenia i ogromne zmęczenie, czyli mieszanka, którą każdy wyścig powinien wywołać.

Wywołuje ją również TdP Amatorów, czyli jednak może nie jest z nim aż tak źle?

Co do osiągniętych przez nas wyników, to ogromne gratulacje należą się Michałowi. Wykręcił naprawdę fenomenalny czas 1:55:16 (125 miejsce open, 45 w kategorii), który był dla mnie w tym dniu absolutnie nieosiągalny.

Ja, z opisanymi powyżej przygodami, rywalizacje kończę z czasem 2:02:37 (262 miejsce open, 105 w kategorii). Gdyby nie defekt, pewnie udałoby mi się zejść poniżej 2h, co było moim celem na ten wyścig.

Na osłodę pozostaje tym razem radość z poprawienia zeszłorocznego wyniku, a i paru mocnym kolegom udało się dołożyć.

Tendencja jest też taka, że być może już w przyszłym roku uda mi się pokonać Pana Czesława Langa, który pomimo swoich 63 lat jest nadal wielkim mocarzem

Posiłek regeneracyjny dla zawodników – chwila na wymianę doświadczeń z trasy.

Żeby nie było aż tak kolorowo, dołożę też odrobinę krytyki. Nie są to jakieś wielkie zarzuty, które byłyby w stanie popsuć mi zabawę, ale byłoby miło, gdyby zostały w końcu przez organizatora rozwiązane.

Po pierwsze, system ustawiania zawodników w sektorach. Odkąd pamiętam jest to wielka zagadka. Niektóre źródła mówią o przydziale wg kolejności wpłat, ale żadnej listy lub informacji na ten temat, na miejscu nie zauważyłem.  W praktyce, oprócz kontrolowanego ustawienia w pierwszym sektorze, do którego można być zaproszonym przez organizatora i sponsorów lub wykupić specjalny pakiet (faktycznie dość drogi, w cenie 350 zł), o ustawieniu w dalszych sektorach decyduje kolejność przybycia na start. Sprowadza się to niestety do tego, że jeśli chcemy być w szeroko pojętym czubie wyścigu, na start musimy przybyć co najmniej godzinę przed startem. Mi w tym roku wystarczyło to na czwarty sektor. Oprócz wystudzenia po rozgrzewce, samo stanie w pełnym słońcu (lub jak gorzej trafimy z pogodą – w deszczu) do najprzyjemniejszych nie należy. My z kolegami obraliśmy strategię wychodzenia na zmianę do cienia i dogrzewania mięśni przysiadami itp. ćwiczeniami.

Kolejna sprawa to spory tłok na trasie w początkowej fazie wyścigu. Wynika to zarówno z dużej ilości uczestników (limit to 2500 osób), jak i ze wspomnianego, losowego ustawienia w sektorach. Zawodnicy gorzej zjeżdżający mimo wszystko powinni zostać ustawieni dalej od linii startu. Klasyfikacja sektorowa wg wyników z poprzednich lat, choć częściowo mogłaby rozwiązać ten problem, a na pewno dałaby większe poczucie bezpieczeństwa i zaufania do innych zawodników na pierwszych zjazdach. Liczę, że w kolejnych latach organizator coś w tych kwestiach usprawni.

Dopóki jednak nie walczymy o czołowe lokaty, nie są to jakieś wielkie przeszkody.

A zdarzają się też przypadki, takie jak mojego młodszego kolegi, wtedy zawodnika UKS Copernicus, Antka Gańko, który w 2017 roku wystartował z 8 sektora i dojechał 8 open

 

Taka jest już charakterystyka masowych wyścigów, z którą trzeba się pogodzić chcąc w tych zawodach brać udział.


Czy warto…?

A moim zdaniem naprawdę warto się tu pojawić. Piękna górska sceneria, sztywne podjazdy, szybkie i długie zjazdy, mocna konkurencja, fantastyczna oprawa i doping kibiców.

Emocje na mecie – Kwiato zwycięzcą TdP 2018!

Dla mnie to wystarczające powody, żeby stanąć na kresce w Bukowinie również za rok

Na razie nie ma komentarzy

Podobało Ci się? Masz uwagi? Napisz

%d bloggers like this: