„Hard as Hell” – takie jest hasło Tatra Road Race. Trzeba powiedzieć, że nie są to czcze słowa. Na starcie tego najtrudniejszego wyścigu szosowego na naszym rodzimym podwórku Mybike Road Team pojawił się w skromnym składzie 3 osób. Mateusz (dystans PRO: 120 km 3200 m przewyższenia) Michał i Ja (Piotr) dystans FUN, choć ja bym powiedział małe piekło (55 km 1500 m przewyższenia).

Mateusz na Tatra Road Race
Dla mnie to był debiut w górach, więc traktowałem to jako wyzwanie. Bo nic tak nie mobilizuje do dania z siebie wszystkiego jak rywalizacja. A rywalizacja pod górę to 200% więcej watów.
Michał bardzo chwalił organizatora tego wyścigu, gdy wieszał psy po Cyklo Gdyni. Ja muszę to w 100% potwierdzić. Ja sam miałem nietypową sprawę tuż przed startem i pan Czarek, choć miał naprawdę dużo na głowie, załatwił sprawę. W przeszłości w innych imprezach często miałem do czynienia z takimi sprawami, że się nie da, że regulamin itd.
A tutaj 5 minut i komentarz: skoro tak panu powiedział, to proszę 🙂
Michał na trasie Tatra Road Race
Więc może przejdźmy to tych plusów, a jest ich sporo.

  1. Wybór trasy do ścigania pod względem jakości asfaltu i trudności oraz widoków – SUPER.

  2. Cała trasa wyczyszczona z piachu tuż przed wyścigiem. Oznaczenia (premie górskie, miejsca niebezpieczne) zabezpieczenie w postaci ratowników. Chyba lepiej się nie da.
    Do tego na każdym ciężkim podjeździe super hasła typu:

    „Kto Cię namówił?
    „Będzie bolało”
    „Co ja tutaj robię?”

    Wszystkich nie spamiętałem, bo było tego dużo.
    Było sporo śliskich zakrętów bo chwilami padał deszcz i w każdym „ogródku”, do którego można było przypadkiem wjechać siedział pan ratownik 🙂 Do tego najczęściej strażacy chwilę wcześniej zachęcali do zwalniania… bo wcześnie widzieli już uślizgi.

  3. Pomimo ogromnej frekwencji – chyba padł rekord w liczbie kobiet na starcie – peleton na pierwszych kilometrach się po prostu tak rozciągnął pod górę, że śmiało można powiedzieć, że 95% trasy jedzie się samemu. Pewnie, że zdarzały się niebezpieczne sytuacje na zjazdach – no ale to jest wyścig, a wiele osób (w tym ja) nie ma doświadczenia w zjazdach. A ludzie robią czasem różne dziwne rzeczy. Kolega widział, jak ktoś hamował butami… Trzeba też powiedzieć, że karbonowe koła to był najgorszy wybór na ten wyścig. Trzeba było po prostu mieć najlżejszy możliwy rower 🙂 i do tego hamulce tarczowe. Czyli jak nic nowa Emonda SLR 8 Treka byłaby jak znalazł.
  4. Deszcz na Tatra Road Race

  5. Atmosfera na Tatra Road Race jak na pro tourze

    i strasznie dużo znajomych. Bo tutaj po prostu trzeba było być.

  6. Nagrody. Tutaj nie ma lipy. Trzeba było ukończyć, wrzucić numer i czekać. Nie były to słabe nagrody typu jakiś szajs, co się nie sprzedaje. Punktacja drużynowa też bardzo fajna – tego nie ma gdzie indziej. Najfajniejsza nagroda to chyba taki góralski stołek obity przez żonę organizatora jakimś miękkim futrem barana z Islandii. Pan, który wygrał od razu dostał propozycje sprzedaży tego, ale odpowiedział koledze, że go nie stać :). Kategorii było tak dużo, że rozdawanie nagród trwało z godzinę. Na koniec można było wylosować rower Treka. Takie super nagrody są zwykle na zakończenie całego cyklu, a nie na pojedynczej imprezie.
  7. Bufet na trasie. Zostawiasz bidon -> bierzesz bidon.

    No chyba prościej się nie da. Swój odbierasz po zawodach. Na bufecie tak dużo obsługi, że na pewno zgarniesz jeszcze co tylko będziesz chciał. Do tego usytuowanie bufetu w idealnym miejscu po pierwszym super „ciężkim” podjeździe (5-7% podjazdy się nie liczą).

  8. Jedzenie po zawodach. Pycha i do tego wersja dla wegetarian. Niestety w przyszłości musi ktoś nakładać, bo ludzie przesadzali z porcjami i słyszałem, że trochę zabrakło.
  9. Kibice na trasie na całej trasie, a hasło od dzieci „daj bidona” to klasyk.

  10. Miejsce startu i meta z widokiem na Tatry i dużą ilością miejsca dla samochodów. Do tego na hasło, że się jest zawodnikiem – parkowanie za darmo.
  11. Kupony w pakiecie startowym bardzo praktyczne. Od zniżki na paliwo po zniżkę na kolację 🙂 A i żonę można było wysłać do SPA 🙂
  12. Tatra Road Race

    Impreza bez względu na pogodę będzie u mnie wpisana na stałe do kalendarza.

    Specjalnie na Tatra Road Race wypożyczyłem sobie Vectory Garmina, gdyż od jakiegoś czasu znam mniej więcej swoje FTP, które jest zbyt niskie by się chwalić. Ale pomyślałem sobie, że to własnie taki słaby kolarz bez doświadczenia, który ma jechać pod górę, powinien to mieć.

    Myślałem że Vectory będę wykorzystywał do tego, aby się „hamować” na podjazdach i jechać równo.

    Ale było w sumie odwrotnie tzn. gdy pochylenie się zmniejszało, a ja dalej „mieliłem” Garmin mi mówił „za słabo – możesz mocniej”. To pozwoliło mi uniknąć zajechania się. Choć na trasie były największe szczyty oznaczone i można było korzystać z naklejki od organizatora, to trzeba powiedzieć, ze fajnie to widzieć też na Garminie i wyglądać tego szczytu. Paradoksalnie jako słabemu kolarzowi lepiej mi szły podjazdy. Na zjazdach czerwona lampka włączała mi się często i widziałem, że moja prędkość maksymalna była nie tak imponująca, jak u kolegów a nawet koleżanek. Nie przekroczyłem 70 km/h.
    Większość znajomych miała coś koło 75 km/h. Może za rok uda się pobić swój wynik 🙂 Trzeba też powiedzieć, że liderzy przekraczali 90 km/h OOOO!
    Więc nawet jeśli jesteś ścigaczem z nizin i nie masz gdzie trenować podjazdów i zjazdów to nie ma to znaczenia, bo Tatra Road Race to zawody, na których nie może Cię zabraknąć.

    Tekst: Piotr Szlązak
    Zdjęcia: Katarzyna Bańka (Tatra Road Race)
    Wideo: Hop Cycling

Na razie nie ma komentarzy

Podobało Ci się? Masz uwagi? Napisz

%d bloggers like this: