Na wstępie chciałbym zaznaczyć, że jeśli przyjeżdżasz w pierwszej 10 open PolandBike’a, Mazovii czy Ligi Świętokrzyskiej, albo nawet w dyszce w swojej kategorii i dzięki temu uważasz, że jesteś mocny/mocna bądź też jesteś zdania, że trasa PB w Płocku jest trudna, a ŚLR to kwintesencja MTB to nie chcę burzyć Twojego wewnętrznego ego. Skończ czytać ten tekst w tym miejscu, weź swoją szosę (bo pewnie uważasz, że w Warszawie nie ma gdzie trenować na góralu) i jedź na ciężki podjazd pod Agrykolę bądź Liptowską w Górze Kalwarii.

Zaprowiantowanie na Ultra BikeMaraton Szklarska Poręba

Zaprowiantowanie? Gotowe! Szczoteczka? Jest! Można jechać! Fot. Mateusz Rybak

Ostrzeżenie było? Czytasz na własną odpowiedzialność

Plany na minioną sobotę miałem zupełnie inne, ale niestety nie udało się ich zrealizować. W związku z tym, trochę na ostatnią chwilę, zdecydowałem się na start w BikeMaratonie w Szklarskiej Porębie. Miejsce to jest owiane poniekąd legendą polskiego MTB.  Jak zaczynałem swoją przygodę z MTB dobre 15 lat temu, to właśnie o maratonach w Szklarskiej czy Danielkach wszyscy mówili, że to są „te” prawdziwe górskie wyścigi. Jak o Danielkach i kultowym zjeździe ”Psim Potokiem” pewnie już nikt nie pamięta, tak  Szklarska Poręba przetrwała i co roku jest tam organizowany festiwal rowerowy.

Mimo, że decyzja była trochę bardziej spontaniczna niż uważnie zaplanowana uznałem, że spróbuje sił na najdłuższym dystansie: 102km i 3200m w pionie. I tutaj jeszcze uwaga o trasie: coś co kiedyś w Polsce wydawało się niemożliwe, jednak było wykonalne. Organizator zaplanował cały dystans na jednej rundzie, bez powtarzania żadnego odcinka dwa razy! Dystans, przewyższenia oraz charakterystyka trasy sprawiały, przynajmniej na papierze, że był to jeden z najtrudniejszych wyścigów MTB w tym roku w Polsce.

Kokpit gotowy na Ultra BikeMaraton Szklarska Poręba

Kokpit zoptymalizowany Fot. Mateusz Rybak

Na wyścig został wprowadzony limit 1100 zawodników, który został wyczerpany w czwartek przed wyścigiem. Wiedząc o tym oraz mając na uwadze fakt, że początek trasy jest nieco bardziej zjazdowy i na około 10km jest korkujący się zjazd, poprosiłem o możliwość startu z pierwszego sektora. Decyzja ta była jak najbardziej trafna, bo na 15 minut przed startem musiałem się przeciskać aby w ogóle zainstalować siebie i rower na końcu pierwszego sektora. Zupełnie mi to nie przeszkadzało. W przeciwieństwie do mazowszańskich Polandbike’ów czy Mazovii, góry weryfikują kto jest rzeczywiście mocny, a nie kto potrafi uwieźć się cały wyścig na kole i opierdzielić resztę grupy na kresce. Także wiedziałem, że pomimo zdobywania tryumfów w PB czy SLR dostanę srogi łomot w prawdziwych górach z krajową czołówką. Dodatkowo, mając w perspektywie 6 godzin jechania, nie zależało mi na bardzo mocnym starcie.

O 11:00 ruszył sektor UCI czyli zawodników z licencjami postrzeganymi w Polsce jako zawodowcy – tutaj faktycznie obsada była mocna i kilkunastu prawdziwych zawodowców wystartowało. My ruszyliśmy jakieś 5 minut po nich. Stawka szybko się rozciągnęła, bo starty poszczególnych dystansów nie są rozdzielone więc poza ludźmi jadącymi 100km ruszyli też nabuzowani na możliwie szybkie ukończenie najkrótszych tras.

Strategia ze startem z pierwszego sektora była trafiona, bo na owym zjeździe zaczął się i tak korek, który byłby jeszcze większy gdybym leciał z drugiego sektora. Sam się dziwię w jaki sposób ludzie regularnie startujący w Bikemaratonie nie są w stanie zjechać po przeciętnej wielkości kamieniach czy korzeniach. Tak ciężko jest wystawić tyłek za siodełko, kolana na boki rozeprzeć i mieć łokcie ugięte? Widocznie, tak… Jakoś bokiem udało mi się przecisnąć do przodu i złapać flow na dalszą część zjazdu. Później było kilka ostrzejszych podjazdów i zjazdów, które na forum Polandbike’a zostałyby okrzyknięte jako „nie do podjechania” czy „nie do zjechania”. Udało mi się rozgrzać i złapać dobry rytm. Starałęm się jechać cały czas poniżej progu, mając na uwadze długość trasy.

Czy to na pewno tędy?!

Na około 20 kilometrze trasy małe zaskoczenie. Trasa dystansów Ultra zbiegła się z dystansem Mini, który wcześniej od nas odbił. Początkowa konsternacja całej grupki, szybko została rozwiana przez kilka osób, które przestudiowały przebieg trasy nie tylko swojego dystansu. Po uzyskaniu potwierdzenia od kilku osób, że tak ma być stwierdziłem, że trzeba jechać swoje i pchać się do przodu. Początkowo nie było z tym problemu, bo trasa wiodła w górę i na hasło „Lewa moja Giga jedzie” wszyscy karnie ustępowali drogi. Problem zaczął się na odcinku zjazdowym. Nie był to byle jaki odcinek, bo kamienie były wielkości telewizorów (oczywiście tych kineskopowych) i nachylenie też niczego sobie. Niestety sprawiało to wrażenie piątkowego wyjazdu A2 z Warszawy. Jedzie grupa korpo Passatów ( czyli my dystans Giga) natrafiająca na niedzielnych kierowców, którzy nie wiedzą do czego służy autostrada ( dystans Mini).  Na szczęście, hasło „lewa wolna” działało dużo skuteczniej niż walnięcie długimi na A-dwójce. Nie obyło się co prawda bez małej przycierki z krzakami w moim wypadku, bo ten odcinek był zdecydowanie zbyt wąski i trudny na płynne i bezpieczne wyprzedzanie. Tak naprawdę to jest jedyny zarzut jaki mam do całej trasy sobotniego wyścigu.

Po niedługim czasie na około 23 km nasze dystanse znów się rozdzieliły i można było spokojnie i bezpiecznie jechać swoim tempem. Na 32km był ostatni rozjazd dystansu Ultra-Mega ( odpowiadającemu normalnemu Giga 70kilka kilometrów) i Ultra-Giga (czyli moja setka). Wystartowałem spokojnie więc wciąż miałem sporo sił i po dojechaniu do kolegi z Wrocławia utwierdziłem się w przekonaniu, że dam radę setę przejechać.

Na mecie Ultra BikeMaraton Szklarska Poręba

Na mecie Fot. Mateusz Rybak

Gdy to, co powinno być twarde, robi się miękkie…

Niestety tuż przed rozjazdem okazało się, że z przodu mam miękko. Szybki postój i dopompowanie licząc, że dziura się zalepiła mlekiem i jazda dalej. Niestety po kolejnej sekcji technicznej kamienisto-korzennej znów poczułem, że jest miękko. Szybka decyzja – wkładam dętkę i jadę dalej. Akcja, która powinna zająć 5 minut nie przebiegła po mojej myśli, bo zapas nie chciał przyjąć powietrza. 🙁 Widocznie kluczami albo suwakiem musiałem przyciąć dętkę i pojawiła się w niej dziura – moja wina. Po wyrzuceniu wiązanki na cały głos i nieudanej próbie pożyczenia dętki od innych zawodników – decyzja była jedna. Pompuje koło tak jak jest licząc, ze na bufecie będzie stacjonarna pompka i będą mieli dętkę. Niestety, tak nie było  na żadnym z kolejnych 4 bufetów. Także dopóki nie było zjazdów powietrze nie ulatywało. Dobrze, że dla mnie był to wyścig, aby udowodnić sobie, że jestem w stanie przejechać taki dystans aniżeli walka o podium- chociaż konieczność zatrzymywania się jeszcze 4 razy na dopompowywanie koła była wku… irytująca. Co kogoś wyprzedziłem to ten sam mnie dochodził. Po maratonie przy czyszczeniu roweru okazało się, że boczna ścianka jest rozcięta i tamtędy schodzi powietrze.

W górach przydaje się dobra mapa i prowiant

Po środkowej części wyścigu, która była bardziej szutrowa i łatwiejsza, ale bardzo malownicza, na 30km przed metą znów zaczęło się prawdziwe MTB. Dobrze, że miałem wydrukowaną mapkę z profilem trasy na kierownicy. To pomogło mi rozłożyć siły i wiedzieć kiedy będzie koniec kolejnego upiornego podjazdu. Dobrze rozłożone siły i potężny zapas żarcia wzięty ze sobą sprawił, że jeden z końcowych kilkunastominutowych podjazdów przejechałem w tempie jak dwa lata temu. Tyle, że wtedy to był początek wyścigu.

Ostatnie 10km było wyznaczane chyba przez sadystę. Podjazd ledwo wyjeżdżalny po kamieniach i korzeniach, z prawej strony słychać speakera, na liczniku wciąż 7-8km do mety, a trasa skręca w lewo… . Po czym zjazd taki, że już ręce nie mają siły trzymać kierownicy. Ale po 6 godzinach i 18 minutach udało się dojechać ponownie z miękkim kołem do mety.

Regeneracja po Ultra BikeMaraton Szklarska Poręba. Czy ten makaron jest na pewno wegański?

Czy ten makaron jest na pewno wegański? Fot. Mateusz Rybak

Podsumowanie:

Trasa:

przepiękna i mega trudna zarówno kondycyjnie jak i technicznie. Technicznie chyba najtrudniejszy wyścig w moim życiu, porównywalny do Kitzalpbike’u, gdzie podjazdy były arcydługie, ale zjazdy za to nieco łatwiejsze niż w Szklarskiej

Wynik:

No niestety, 45 open i 11 w kategorii nie powala. Z jednej strony zdobywając podia na PB czy nie oszukujmy się przeciętnie obsadzonej SLR można liczyć na więcej, ale pokazuje to jak bardzo się różni poziom sportowy tych imprez od ogólnokrajowego podwórka. To jest po prostu przepaść.

Czy mogłem pojechać lepiej? Gdyby nie problemy z kołem to myślę, że 30 open byłaby osiągalna. Patrząc po międzyczasach z pierwszych punktów kontrolnych tak mniej więcej mi szło. Na kolejny raz będę wiedział, że nie muszę jechać aż tak asekuracyjnie. Mogę też dołożyć do pieca nieco mocniej we wcześniejszej części wyścigu.

Organizacja:

Świetna, trasa super oznaczona, bufety dobrze zaopatrzone. Plus meeega bufet na mecie, chyba nikt głodny stamtąd nie odjechał!

Autor: Mateusz Rybak
Zdjęcia: Mateusz Rybak
Podpisy pod zdjęciami i śródtytuły: Złośliwy Admin 😉

%d bloggers like this: